piątek, 11 grudnia 2015

33 "Do zobaczenia, kotku"

Michael

          Bus, którym jechali nie miał tylnych siedzeń. Dlatego większa część ich grupy, musiała zająć miejsca na podłodze. Dziewczyny jednak przykryły metal kocami, ale i tak czuć było każdy najmniejszy wybój czy dziurę.
          Michael powoli tracił poczucie czasu. Nie miał pojęcia, ile jadą, ani tym bardziej dokąd jadą, choć kilka razy wyłapał nazwę Muswellbrook. Był więc przekonany, że to właśnie tam dojdzie do zamiany samochodów, o której mówiły dziewczyny.
          Zadrżał przyciśnięty do ramienia Hemmingsa, czując kolejną warstwę potu spływającą mu po twarzy. Był już nim cały przesiąknięty, ale na szczęście udało mu się przestać trząść. Teraz, co jakiś czas nawiedzały go tylko mocniejsze dreszcze. Jego oddech był nadal urywany, a to za sprawą cholernego bólu, który promieniował od uda.
           Zacisnął zęby, ale nie udało mu się powstrzymać cichego jęku, jaki wydarł się z jego gardła, kiedy Alice najechała na większą dziurę. Pozostali też zachwiali się na swoich miejscach, przetrzymując się czegokolwiek.
- Przepraszam – rzuciła szybko dziewczyna.
- Mikey, jak tam? Trzymasz się? – Usłyszał głos Felicity.
            Przez chwilę miał zamknięte oczy, więc dopiero gdy je otworzył, zobaczył, że dziewczyna znajduje się tuż obok niego. Oblizał spierzchnięte usta, kiwając niepewnie głową. Próbował odrobinę się podnieść, bo od tego siedzenia zdrętwiały mu plecy, ale jak tylko to zrobił znów poczuł ten pieprzony ból.
- Nie ruszaj się – powiedział Luke, przetrzymując go za ramiona.
- Może chcesz się napić?- ciągnęła dziewczyna. Znów pokiwał tylko głową. – Ash, w tamtym plecaku powinna być woda.
           Perkusista bez słowa, złapał za wskazany przez nią plecak. Pospiesznie go otworzył, a następnie zaczął przewracać całą jego zawartość. W końcu wyciągnął przezroczystą plastikową butelkę. Odkręcił ją, a potem trzęsącą się dłonią, przekazał ją Felicity.
- Dobra, spróbuj się trochę unieść, ale powoli – instruowała go dalej, a on bez sprzeciwu wykonywał każde jej polecenie. Luke automatycznie zaasekurował go po bokach, pomagając mu się podnieść. Dopiero kiedy normalnie usiadł, zdał sobie sprawę z tego, jak cholernie boli go kręgosłup.
          Felicity podała mu butelkę. Przetrzymała jej dół, kiedy zaczął łapczywie pić wodę. Odrobina chłodnej cieczy spłynęła mu po brodzie, dodatkowo mocząc i tak już wilgotną bluzę.
- Daleko jeszcze? – zapytał Calum, który siedział z przodu.
- Jesteśmy w połowie drogi – odpowiedziała Alice, nie odrywając oczu od czarnej jezdni.
- Jeszcze nie dochodzi do mnie to, że nam się udało – wyszeptał Ashton, przysuwając się bliżej nich.
- To był jednak dobry pomysł, aby wciągnąć w to Richarda – pociągnęła Alice. – Nie mamy nawet ogona.
- I całe szczęście. Tego by nam jeszcze brakowało – rzuciła Felicity. – Mikey, muszę dołożyć ci jeszcze jeden bandaż, bo ten zaczyna powoli przesiąkać.
          Clifford skrzywił się. Wiedział, że jak będą dotykać jego rany postrzałowej ona znów odezwie się palącym bólem. Pokiwał jednak powoli głową. Felicity uśmiechnęła się do niego lekko, dodając mu tym otuchy, a potem zanurkowała do swojego plecaka. Wyciągnęła z niego kolejne dwa bandaże uciskowe.
- Luke poświecisz mi latarką.- Blondyn od razu przejął od niej urządzenie. – Ash potrzebuję twoich rąk.
- Jasne, co mam robić? – Dziewczyna rozerwała nową paczkę z bandażem.
- Przetrzymaj to w tym miejscu i uciśnij. – Spojrzała na zielonowłosego. – Wytrzymaj, okej?
- Okej- wydusił z siebie. Miał wrażenie, jakby słyszał swój głos z daleka. Jakby ktoś odpowiadał za niego.
          Cicho syknął, kiedy Ashton przycisnął rulon do rany. Jego palce mocniej zacisnęły się na bluzie Hemmingsa, który siedział obok niego. Zamknął oczy starając się nie patrzeć, jakby to miało go wyłączyć z tego wszystkiego, co się wokół niego dzieje. Potem jęknął po raz kolejny, dusząc w sobie głośniejszy krzyk, kiedy Fel szybko zaczęła obwiązywać mu nogę kolejnym bandażem.
           W końcu wszystko ustało. Czuł tylko pulsujący ból, ale ta forma była znacznie bardziej znośna, niż inne jego odsłony. Przetarł rękami mokrą twarz, wycierając z niej pojedyncze łzy, jakie wydostały się z jego oczu.
- Jeszcze trochę, Mikey – powiedziała Fel, dotykając jego policzka. – Jeszcze trochę i ten koszmar naprawdę się skończy.


Calum

          Spoglądał przez szybę, patrząc na ciemne mijające drzewa, pola, domy i budynki. Tych dwóch ostatnich było tu znacznie mniej, bo od samego początku trzymali się bocznych dróg. Niebo nad nimi usiane było licznymi gwiazdami, a okrągły księżyc błyszczał na jego tle, jakby potajemnie wskazywał im drogę. Była pełnia.
          Im bardziej oddalali się od Gniazda, tym Calum czuł większe zadowolenie. Nadal jednak był zdenerwowany i spięty, po tym wszystkim, co się stało. Teraz jednak perspektywa wolności pukała do jego głowy, zagnieżdżając się powoli w jego zakamarkach, by w końcu wybuchnąć. W końcu byli wolni. W końcu wydostali się z koszmaru.
          Odwrócił się w stronę Alice. Dziewczyna, co jakiś czas zerkała na telefon, sprawdzając godzinę. Potem jej oczy zwracały się znów w stronę drogi, bacznie obserwując ciemny asfalt. Zastanawiał się, o czym ona myśli. W pewnym momencie odwróciła się i posłała mu jeden ze swoich piękniejszych uśmiechów. Hood od razu poczuł przyjemną falę ciepła.
          Odchylił się, by móc spojrzeć na resztę, która znajdowała się w tylnej części samochodu. Jego ciemne oczy najpierw spoczęły na zmęczonym Irwinie, który pogrążony był we własnych myślach. Na wykończonego i rannego Michaela, który mimo wszystko dalej się nie poddawał. W końcu spojrzał na Luke'a i Felicity, którzy od czasu do czasu zerkali na siebie, uśmiechając się lekko pod nosami. Calum zrobił to samo. Było widać, jak na dłoni, że ta dwójka też przeszła zmianę, a ich relacja zmieniła całkowicie status, jaki mieli na początku.
- Za chwilę będziemy w Muswellbrook- powiedziała Alice, a on, aż podskoczył.
- Już?
- Już. Zostało nam jakieś piętnaście może dwadzieścia minut.
          Calum wiedział, co oznacza dotarcie do Muswellbrook. Wtedy też dojdzie do zmiany samochodów, a ich grupa rozjedzie się w różne strony. Oni pojadą w swoją, a one w swoją. Rozdzielą się, a Mulat nie był pewny na jak długo. Wierzył jednak, że dane im będzie spotkanie się ponownie. A przynajmniej miał taką nadzieję. 
         Niewiele myśląc złapał ją za rękę, splatając szybko jej palce ze swoimi. Dziewczyna po raz kolejny spojrzała na niego. Znów się uśmiechnęła. Odpowiedział tym samym, jeszcze bardziej zaciskając palce na jej ciepłej skórze. Nie chciał jej zostawiać, ale wiedział, że tak właśnie musi być.


Felicity

            Dotarli w końcu do Muswellbrook. Alice bez problemów odnalazła miejsce, w którym miało dojść do zamiany samochodów. Jednak zanim w ogóle wynurzyli się z czarnego busa, siedzieli w ciszy, aby mieć nadzieję, że nikt faktycznie za nimi nie jechał. Dziewczyny chciały mieć stu procentową pewność, że jak 5 Seconds of Summer odjedzie, to nikt nie będzie podążał za nimi.
           W końcu czarnowłosa zarządziła opuszczenie auta. Ona, Alice, Calum i Ashton wysiedli na zewnątrz. Pierwsze, co poczuli to lekki wietrzyk, który muskał ich twarze na tym totalnym pustkowiu, w którym byli. Wokół nich robiło się coraz jaśniej. Dopiero teraz dziewczyna zadała sobie sprawę, ile dokładnie trwała ich ucieczka. Zaczęło świtać, a oni byli już na samym końcu wyprawy.
            Cała czwórka weszła w głąb niewielkiego lasku. Podzieleni na pary, zaczęli zgarniać liście i gałęzie, pod którymi ukrywały się kolejne środki ich transportu –tym razem czarne i białe Audi. Zdjęli plandeki, odrzucając je na bok, a następnie wsiedli do samochodów, by podjechać jeszcze bliżej busa, w którym został Michael w towarzystwie Luke'a.
           Dziewczyna wzięła głęboki oddech. Spojrzała na przyjaciółkę, która wpatrywała się we wsiadających do busa chłopaków. Obie wiedziały, że nastał ten moment. Moment pożegnania i ich wolności. A one… One może też będą miały szansę na skosztowanie odrobiny normalnego życia. Alice uśmiechnęła się do niej lekko, a potem obie poszły w ślady Caluma i Asha. Wsiadły na tyły, gdzie znajdowała się reszta.
- Wszystko gotowe – powiedziała Fel, spoglądając na zespół.
- Kto prowadzi? –zapytała Alice, wyciągając przed siebie kluczyki od białego samochodu.
- Mogę ja – odpowiedział Irwin, łapiąc za nie i chowając je do kieszeni. Felicity wyjęła z plecaka mapę. Alice od razu włączyła latarkę.
- Skierujecie się drogą numer dwa w stronę centrum – pociągnęła dziewczyna, dokładnie kreśląc tą trasę palcem na mapie. – Będziecie musieli odbić w prawo, wtedy nie będziecie musieli robić kółka. Dokładnie w tym miejscu.
- Spoko. Musimy jechać prosto, by dostać się na dwójkę – rzucił Ashton, kiwając głową.
- Dokładnie – powiedziała Fel. – Nie jedźcie na żaden komisariat, ruszcie od razu do szpitala. Im Michael szybciej tam trafi, tym lepiej. Zresztą procedury są takie, że i tak pewnie wezwą policję, w końcu nadal macie status zaginionych.
- Nadal? – rzucił Calum, unosząc brwi do góry. – Nie poddali się?
- Wasze rodziny się nie poddały – poprawiła go Alice, a on uśmiechnął się do niej lekko.
- Pewnie nie jednokrotnie będą was przesłuchiwać – powiedziała Felicity. – Będziemy wdzięczne jeśli w całej tej historii pominiecie nas i Parker. No i gang Richarda, bo jakby nie patrzeć, w jakiś sposób nam pomogli.
- Nie jesteśmy głupkami – mruknął Michael, a dziewczyna uśmiechnęła się do niego.
- Dobrze o tym wiem –skwitowała Fel, a Clifford zaśmiał się pod nosem. – Nie przeciągajmy tego dłużej.
- Już? – wydusił z siebie Luke.
- Już – powiedziała Fel, kiwając głową.
            Wysiedli z busa. Calum i Luke pomogli Michaelowi w dojściu do samochodu. Posadzili go na tylnym siedzeniu. W tym momencie dziewczyny żegnały się z Ashtonem. Obie przytuliły go do siebie, a chłopak szybko odwzajemnił ten ich ciepły gest.
- Viv jest pewnie z nas cholernie dumna – rzuciła Alice, a oczy chłopaka zaszły łzami.
- Z pewnością – wydusił z siebie. – Dziękuję za wszystko.
- My też dziękujemy. Dzięki wam wybrałyśmy odpowiednią drogę – odpowiedziała Fel.
- Dowieź ich bezpiecznie na miejsce – poprosiła Alice.
- Dowiozę, bez obaw – rzucił z uśmiechem. Objęły go po kolei raz jeszcze.
             Fel odwróciła się, zatrzymują się szybko przy Calumie. On bez słowa wziął ją w ramiona. Przez chwilę stali objęci, jakby żegnało się dwoje najlepszych przyjaciół. Dziewczyna oderwała się od niego jako pierwsza.
- Trzymaj się, Cal.
- Ty też.
- Muszę cię też pochwalić za fantastyczne akcje w podziemiach.
- Chociaż mogłem się wykazać i niczego nie zawalić.
- Nigdy niczego nie zawaliłeś.
- Zawaliłem , jak wtedy…
- Nie zawaliłeś – przerwała mu Fel. – Więcej wiary w siebie.
            Chłopak po raz kolejny uściskał ją, a potem puścił, idąc w stronę Alice. Fel odprowadziła go wzrokiem, a potem wcisnęła się do samochodu, w którym siedział Michael. Zielone tęczówki chłopaka od razu spojrzały w jej stronę. Uśmiechnęła się do niego. Przybliżyła się jeszcze bardziej, a potem szybko objęła go, lekko przeczesując dłonią jego rozczochrane włosy.
- Jeszcze trochę i ktoś profesjonalny się tobą zajmie – pociągnęła, a on kiwnął głową. – Wrzucaj od czasu do czasu coś na temat swojego zdrowia do sieci, byśmy miały pewność, że wracasz do siebie.
- Gdzie?
- Na przykład na Twittera – powiedziała z uśmiechem.
- Bez jaj, macie Twittera?
- Nie – odpowiedziała ze śmiechem. – Może i byłyśmy w gangu, ale znamy się na komunikacji masowej, przystojniaku.
- Dziękuję za wszystko.
- Ja też dziękuję, Mikey – wyszeptała, całując go delikatnie w czoło.
- Fel?
- Tak?
- Do zobaczenia.
- Do zobaczenia – powiedziała, kiwając głową.
            Wynurzyła się na zewnątrz. Kątem oka widziała żegnających się Alice i Caluma. Ashton wsunął się za kierownice białego Audi. Felicity odwróciła się, widząc stojącego kawałek dalej Luke'a. Wiedziała, że przed nią teraz najtrudniejsza część. Musi pozwolić mu odejść. Musi odpuścić, by on mógł wrócić do dawnego życia, które miał.
            Podeszła do niego. Dopiero kiedy złapała go za rękę, blondyn odwrócił się i spojrzał w jej ciemne brązowe oczy. Uśmiechnęła się do niego, chcąc mu dać znać, że jakoś to będzie. Odpowiedział tym samym, choć nie był to ten sam uśmiech, który znała. Teraz był bardziej okrojony, bardziej smutny.
- Obiecasz mi, że będziesz na siebie uważać?- zapytał, łapiąc ją za drugą dłoń.
- Uwaga to moje drugie imię – odpowiedziała, nie odrywając wzroku od jego błękitnych przygaszonych tęczówek. – Ty też na siebie uważaj.
           Luke wziął głęboki oddech, a potem przyciągnął ją do siebie. Objęła go ciasno, wsłuchując się w szybsze bicie jego serca. Jego dłonie znalazły się na jej plecach. Chłopak schował twarz w zagłębieniu jej szyi. Słyszała, jak wstrzymał powietrze.
- Kocham cię Fel – wyszeptał. Wyprostowała się, by móc znów na niego spojrzeć. – I nie wmawiaj mi tego, że jest to syndrom sztokholmski.
- Nawet nie zamierzam, kotku – powiedziała, dotykając dłonią jego policzka. Przyjrzał się jej uważniej. – Też cię kocham Luke. Ty znów pokazałeś mi, jakie to jest fantastyczne uczucie. Dziękuję ci za to, że byłeś i pomogłeś się zmienić na lepsze. – Zacisnęła mocniej usta, ale i tak nie powstrzymała łez, które zaraz zmoczyły jej policzki. – Chciałabym cię poznać w innych okolicznościach. Może w innym świecie byłabym twoją zakręconą fanką, która by jakimś cudem zbliżyła się do swojego idola? Albo może nienawidziłabym twojej muzyki, ale po poznaniu ciebie, pokochałabym ją i ciebie tak bardzo, jak teraz?
- Albo wpadłbym na ciebie podczas małego After Party?
- Przykre jest to, że los rzucił nas w zupełnie inny, bardziej brutalniejszy scenariusz. – Luke przybliżył się do niej, lekko muskając swoimi ustami jej usta. A teraz jego wargi smakowały słonymi łzami, które też wypływały z jego oczu. – Nigdy nie powinniśmy się w sobie zakochać, ale i tak wszystko musiało się skomplikować. Nie jestem dla ciebie odpowiednią osobą.
- Proszę… Nie mów tego. Byłaś i jesteś dla mnie najlepszą osobą. Nigdy nie byłaś czarnym charakterem w tej historii.
- Cieszę się, że po tym wszystkim nadal masz o mnie takie zdanie. Dziękuję ci Luke, za wszystkie cudowne i miłe wspomnienia, jakie mi dałeś – pociągnęła, ocierając szybko dłonią mokre policzki.
- Tak cholernie nie chcę cię zostawić.
- Wiem… Ja też nie chcę cię zostawiać. Ale w końcu musimy to zrobić. Michael powinien szybko dostać się do szpitala.
            Luke pokiwał głową, a potem ujął jej twarz w dłonie. Przybliżył się po raz kolejny, łącząc ich w spokojnym, delikatnym i czułym pocałunku, który wywołał w niej przyjemne uczucie ciepła. Felicity miała wrażenie, że jej serce zaraz pęknie na miliony małych kawałków. Cholernie kochała tego blondyna.
            Odsunęła się od niego. Jej dłonie powędrowały do dwóch łańcuszków, które na sobie miała. Jeden należał do Vivien. Drugi był jej. Ściągnęła ten, którego księżyc miał czerwone oczko. Zwinęła go, a następnie złapała za rękę chłopaka. Wcisnęła łańcuszek w jego dłoń.
- Byś mnie tak szybko nie zapomniał – powiedziała, już teraz nawet nie próbując kontrolować wypływających z oczu łez.
- Nigdy cię nie zapomnę – rzucił, składając na jej ustach ostatni pocałunek. – Wrócisz prawda? Nie będziecie się ukrywać wiecznie?
- Wrócę – powiedziała, spoglądając po raz ostatni w te jego niesamowicie błękitne oczy. – Potrzebujemy, tylko odrobiny więcej czasu. – Pokiwał jej głową, przecierając rękawem bluzy, wilgotne policzki.
- W takim razie… Do zobaczenia.
- Do zobaczenia, kotku.
            Objęła go po raz ostatni, a potem odsunęła się od niego na znacznie większą odległość. Czuła, jak coś mocno ściska jej serce. Oddech zrobił się odrobinę szybszy, kiedy wszystkie emocje kumulowały się w niej, czekając na to, by w końcu się uwolnić. Wiedziała, że rozstanie będzie boleć. Nie sądziła jednak, że będzie bolało, aż tak. Kiwnął jej jeszcze głową i odwrócił się. Odprowadziła go wzrokiem. Luke jako ostatni wsiadł do auta.
           Alice stanęła obok niej. Obie spojrzały w stronę białego Audi. Ashton pomachał do nich, a one odpowiedziały tym samym. Następnie ich samochód ruszył. Irwin wycofał, a potem wyjechał na drogę. Dość szybko zniknęli im z oczu.
- Ty też kłamałaś, prawda? – wydusiła z siebie Alice. Felicity zacisnęła mocno zęby, pozwalając, by kolejne łzy wypłynęły z jej ciemnych oczu. Pokiwała, tylko głową.


Luke

           Jak tylko wpadli do szpitala, zrobił się harmider. Sprawa ich zaginięcia była głośna, więc nic dziwnego, że lekarze od razu ich rozpoznali. Zaczął się kocioł, a każdy z nich był w tym wszystkim totalnie zagubiony.
          Zajęto się Michaelem od razu. Z jego rany wyciągnięto kulę, a potem położyli go w osobnej sali z czterema łóżkami. Chłopaki też tam trafili, ale dopiero, jak przebadano ich na wszystkie strony. Przy ich drzwiach postawiono jednego z funkcjonariuszy policji, który miał zadbać o ich bezpieczeństwo. Cała czwórka wiedziała, że chwilowo dali im spokój, ale już niedługo zaczną się serie pytań, na które oni będą musieli odpowiedzieć.
            Luke wyszedł z sali, w której spali chłopaki. On jako jedyny nie mógł zmrużyć oka. Z tego co zdołał się dowiedzieć, nikt jeszcze nie powiadomił ich rodzin o tym, że wrócili. Chciał to zrobić, jak najszybciej. Zresztą marzył o powrocie do domu.
            Wszedł do pokoju pielęgniarek i poprosił o możliwość skorzystania z telefonu. Młoda dziewczyna, która jako jedyna była w pomieszczeniu, zgodziła się od razu. Uśmiechnęła się lekko, a potem wyszła z pokoju, zostawiając go samego. Zamknęła za sobą drzwi, by dać mu odrobinę prywatności.
            Luke usiał na krześle, przysuwając się bliżej biurka z telefonem stacjonarnym. Chwycił za słuchawkę. Jego palec na moment zawahał się, gdy chciał wykręcić odpowiedni numer. Przez chwilę pomyślał, przypominając sobie dokładny ciąg cyfr. Szybko wystukał go, a potem przyłożył słuchawkę do ucha.
            Rozległ się pierwszy sygnał. Hemmings czuł, jak cały się spina. Jego dłonie zatrzęsły się, gdy podświadomie próbował się przygotować na to, że zaraz usłyszy kogoś ze swojej rodziny. Kogoś, kogo nie słyszał od tak dawna, a za kim tak cholernie tęsknił. Drugi sygnał. Odbierze jego mama czy tata? A może jego bracia są w domu?
- Tak, słucham? – Głos jego mamy zagrzmiał mu w uszach. Wstrzymał powietrze, nie mogąc uwierzyć w to, że naprawdę ją słyszy. Oparł się o kolana, zaciskając mocno powieki. Czuł, jak po policzkach znów spływając mu łzy. – Halo?
- Mamo…
- O mój Boże! Luke! Luke, kochanie to ty?! Gdzie jesteś?!
- Jesteśmy w szpitalu w Muswellbrook. Jesteśmy tu wszyscy.
- Kochanie! Kochanie, tak się cieszę! – Jego mama też płakała, a on płakał razem z nią. – Dobry Boże! Jesteście! W końcu jesteście! 



***
Doszło do momentu wielkiego pożegnania. Chłopaki też w końcu trafili w fachowe ręce - mam nadzieję, że ostatni rozdział opowiadania przypadł wam do gustu :) Nie powiem, ale jakoś tak ciężko się go pisało, bo za wszelką cenę nie chciałam go schrzanić. 

Za tydzień pojawi się epilog. 

Dziękuję wam za komentarze i te wszystkie miłe i boskie opinie odnośnie całości, jak i poszczególnych fragmentów. Uwielbiam je! :)

Pozdrawiam i "do zobaczenia" po raz ostatni na tym blogu za tydzień :)

3 komentarze:

  1. Hej może nie od początku, bez znaku życia ale czytam tego bloga i coś czuję, że na epilogu się popłaczę. Ostatni rozdział cudowny i nie mogę się doczekać epilogu choć bardzo przygnębiające jest to, że to będzie ostatni twój post tutaj. Jednak ciesze się, że znalazłam ten blog i będę z nim do końca i pewnie nie raz jeszcze po zakończeniu tu zajrzę
    Pozdrawiam Marcela

    OdpowiedzUsuń
  2. Jak to kłamały?! Jak to kłamały?! Nieee... Nie możesz tego zrobić, na pewno nie... Muszę się uspokoić...
    Ogromny paradoks, chcę i nie chcę epilogu. Chyba nie muszę tłumaczyć dlaczego. Bardzo się cieszę, że zaczęłam czytać twoje opowiadania, teraz nie wyobrażam sobie, żebym mogła przestać. Genialnie piszesz i mam nadzieję, że będziesz korzystać ze swojego talentu jak najdłużej. Chce mi się płakać już teraz, a co dopiero na epilogu... Ten blog się kończy i wiadomo, że mi smutno, w końcu tyle wspomnień, ale ważne, że piszesz dalej. Może i ta historia się kończy, ale inne jeszcze nie. I tego zamierzam się trzymać. A rozdział wiadomo, jak każdy na tym i na innych blogach wspaniały. Mogę cię zapewnić, że po zakończeniu tego bloga będę czytać go od nowa i jak skończę czytać od nowa to przeczytam znowu.
    Pozdrawiam ^^

    OdpowiedzUsuń
  3. Znowu ryczałam, jak bóbr. Roxy co ty ze mną robisz???!!! Strasznie mnie serducho ścisnęło, jak Fel żegnała się z Lukiem. Jakie kłamały? Co za kłamały? Gdzie, z czym i... WTF? O_o Mam nadzieję,że oni jednak się spotkają, a nie. Matko końcówka też wycisnęła mi łzy. Cholera - kocham to opowiadanie, jak inne twoje dzieła!
    Pozdrawiam Milena

    OdpowiedzUsuń