piątek, 20 listopada 2015

30 "To już niedługo?"

Felicity

          Minął równy tydzień, odkąd Felicity postawiła się Deborah. Przez cały ten czas powoli i stopniowo dochodziła do siebie po karze, jaka ją spotkała. Teraz czuła się już lepiej, choć jeszcze nadal doskwierał jej ból w żebrach i dłoni. Jeszcze czuła smak tej zemsty, jaką w nią wymierzyła.
          Podniosła głowę, by spojrzeć na Alice. Jej przyjaciółka właśnie pojawiła się w jej pokoju, sprawdzając, jak się trzyma. Wiedziała, że wygląda znacznie lepiej, niż na początku, choć jej twarz nadal nosiła ślady pobicia. Teraz jednak łatwiej można było je zamaskować.
- Nie możesz teraz odwalać takich numerów –powtórzyła czarnowłosa, a Fel zacisnęła lekko usta. Kiwnęła jej głową. – Dzisiaj byłam przy kracie. Niewiele brakuje, by kwas w końcu przeżarł pręty.
- To już niedługo?- odezwał się z nadzieją Luke.
- Myślę, że to kwestia dni, a przynajmniej tak twierdzi Calum – pociągnęła dalej Alice.
- Dni? – wydusił blondyn, a potem uśmiechnął się.
- Czerp od niego entuzjazm – powiedziała Alice, wskazując na Hemmingsa, który siedział przy biurku, bujając się na krześle.
- Czerpię – odpowiedziała Fel, spoglądając na chłopaka, który ponownie się uśmiechnął.- Raczej motywacji do działania to mi nie brakuje…
- Co udowodniłaś, rzucając się na Deb – wtrąciła Alice, a ona skrzywiła się. – Taka prawda. To była jedna z głupszych rzeczy, jaką zrobiłaś. Z drugiej jednak strony należało jej się. Następnym razem jednak wolałabym, byś sto razy pomyślała zanim coś zrobisz. Szczególnie teraz.
- Jasne, będę używać mózgu – skwitowała, wzruszając ramionami. Alice prychnęła pod nosem.- Obiecuję, że już więcej niczego takiego nie zrobię.
- Mam nadzieję – rzucił Luke.
- Dwoje na jedną?
- Bo on ma rację – powiedziała Alice, machając ręką. – Musimy teraz jeszcze bardziej uważać, by się nie wkopać.
- Masz rację.
- Więc się posłuchaj. Chociaż, kurwa raz w życiu się posłuchaj – odparła błagającym tonem Alice.
- Obiecałam, nie? Więc dotrzymam słowa.
- Idę – rzuciła Alice. Wstała z miejsca. Spojrzała raz jeszcze na przyjaciółkę i machnęła na nią palcem. – A ty bądź grzeczna.
- Będę, mamo – odparła ze śmiechem.
- I słusznie. Ashton niech zostanie dłużej u mnie, skoro ty jesteś na cenzurowanym u Deb.
- W porządku.


Parker

          Deborah znów się odezwała. Znów chciała mieć ich na dole. Parker nie była zadowolona, że kobieta przerywa jej miłe spotkanie z Peterem. Spotkanie, na którym ona chciała wyluzować i po całości się zabawić. Jednak Deb zażądała, by przyprowadzić Michaela do sali. Takim o to sposobem Parker musiała pozbyć się chłopaka, którego zdążyła już kompletnie rozebrać.
- Musisz iść? – jęknął Peter, oplatając jej kark ramionami i zmuszając ją do kolejnego pocałunku.
- Przestań. Nie mam teraz czasu – warknęła, odpychając go od siebie. Wstała z łóżka, naciągając na siebie koszulkę, którą przed chwilą z siebie zrzuciła. Peter padł na łóżko, patrząc na nią z niedowierzaniem. – Ubieraj się. Nie chce jej wkurwić.
- Tak, jak Fel?
- Dokładnie. Ostatnio Deb jest coraz bardziej na nas cięta, więc nie przedłużaj tego. Zabieraj stąd swój seksowny tyłek. Dokończymy kiedy indziej.
           Chłopak przekręcił oczami, a potem niechętnie podniósł się. Parker przez chwilę obserwowała go, jak wciąga na siebie czarne bokserki, a potem spodnie. Odwróciła się, gdy nałożył na siebie czarną koszulę. Podszedł do niej i już chciał ją pocałować, ale ona popchnęła go w stronę drzwi, niemalże wyrzucając go na korytarz.
- Jesteś zimną suką, Halle – powiedział na odchodnym.
- I to cię kręci, misiaczku – odpowiedziała, łapiąc go za przyrodzenie. Mężczyzna spiął się i cicho syknął pod nosem.- Do następnego.
           Zatrzasnęła mu drzwi przed nosem, zamykając je na zasuwę. Nie chciała, by Peter znów wlazł jej do pokoju i próbował namówić ją na dokończenie zabawy. Związała szybko swoje brązowe włosy w niedbały kok i ruszyła w stronę łazienki. Otworzyła białe drzwi. Michael od razu podniósł głowę. Siedział na ziemi, opierając się plecami o wannę.
- Zbieraj się słodziaku. Masz spotkanie – powiedziała, odwracając się.
           Słyszała za plecami, jak Clifford podnosi się z miejsca. Po chwili pojawił się w pokoju. Bez słowa wyciągnął w jej stronę ręce. Na czas jej zabawy z Peterem, Michael zyskał odrobinę wolności i nie musiał siedzieć zakuty. Teraz posłusznie czekał, aż ona zapnie mu na nadgarstkach metalowe i zimne bransolety, które tak dobrze znał i zawiąże mu oczy, by pogrążyć go w ciemności.
- Grzeczny chłopiec – odparła, głaszcząc go po głowie. – Idziemy.


Michael

            Nie wiedział, ile czasu tkwi w tym miejscu. Nie miał pojęcia, ile dokładnie minęło od porwania. Miał wrażenie, że siedzi tutaj przez wieki. Tak samo nie mógł sobie przypomnieć, kiedy ostatnio widzieli się wszyscy w sali. Czy było to przed śmiercią Vivien? Czy spotkali się tu przed pobiciem Fel, o którym słyszał, jak Parker rozmawiała z kimś przez telefon? Prawda była taka, że jego mózg już się w tym wszystkim gubił, a Michael nawet nie próbował tego wszystkiego naprostować.
          Wokół niego panowała ciemność. Słyszał jednak ich kroki, które odbijały się echem w pustym korytarzu. W końcu doszedł do niego dźwięk otwieranych ciężkich drzwi. Od razu poczuł nieprzyjemne dreszcze na plecach. Zawsze tak reagował, gdy musiał znaleźć się w sali. W sali, w której Deborah była władcą i łamała ich po kolei.
- Co tak długo Parker? – zapytała Deborah, a on wstrzymał oddech.
- Miałam coś do zrobienia – odparła neutralnym tonem.
- Ściągnąć im opaski i rozkuć ich – rozkazała.
          Po chwili Michael poczuł, jak Parker ściąga mu bransolety, a potem zobaczył Deborah, która stała na środku ciemnego pomieszczenia. Tuż obok niego znajdywali się jego przyjaciele. Na moment zapanowała cisza, która dla niego była chwilą pełną napięcia i niepokoju. Udało mu się powstrzymać drgnięcie, gdy na jego ciele pojawiły się ciarki.
- Wyjdźcie – powiedziała, wskazując Wilczycom drzwi. Michael zerknął niepewnie w ich kierunku. Trzy… Zostały we trójkę. Poczuł się dziwnie, nie widząc wśród nich Vivien. – Dawno nie mieliśmy okazji się spotkać. Niektóre… wydarzenia na to nie pozwoliły. Teraz jednak nadrobimy ten stracony czas. – Przeszła wzdłuż tego krótkiego szeregu, który utworzyli. – Na początku pomyślałam byście znów zagrali. Jednak rozmyśliłam się. Przejdźmy od razu do małej gry. Siadajcie do stołu.
          Bez sprzeciwu każdy z nich ruszył w stronę ciężkiej ławy, która stała po lewej stronie dużego pomieszczenia. Usiedli na pierwszych lepszych miejscach, tuż obok siebie. Michael nie podnosił głowy. Nawet wtedy, gdy stukot obcasów Deborah był coraz bliżej nich. 
          Zacisnął mocniej zęby, gdy kobieta położyła mu dłonie na ramionach. Poczuł od nich bijący dziwny chłód, chodź w rzeczywistości jej ręce były ciepłe. On jednak się ich brzydził.
- Co jest Ash? Uśmiechnij się. Przecież gra to fajna sprawa - powiedziała powoli, a Clifford wyczuł, że się uśmiecha. – Ash… 
          Ucisk jej dłoni zelżał, a potem puścił zupełnie, gdy podeszła do Irwina. Nachyliła się nad nim, wsuwając mu palce we włosy. Zacisnęła na nich palce i mocniej pociągnęła za nie do tyłu. Głowa Ashtona wygięła się, a chłopak syknął pod nosem. 
- Cały czas rozpamiętujesz śmierć Vivien?
- Tak – wydusił z siebie.
- Niepotrzebnie. Ona i tak prędzej czy później, by zginęła. Była najsłabsza.
          Odsunęła się od niego. Irwin od razu spuścił głowę. Michael był pewny, że dostrzegł w jego brązowych oczach łzy. Był pewny, że Ashton zaprzyjaźnił się z Vivien i na pewno nie było mu lekko słuchać czegoś takiego z ust osoby, która tak bardzo ich oboje zgnoiła.
- Luke – odezwała się ponownie, skupiając swoje zimne zielone oczy na blondynie. – Jesteś ciekawy gry?
- Nie – odpowiedział cicho.
- Słucham?
- Nie – powtórzył, nawet na nią nie patrząc.
- Boisz się?
- Tak.
- I słusznie- powiedziała, nachylając się w jego stronę. Przejechała dłonią po jego klatce piersiowej. – Powinieneś się mnie bać, pieseczku. – Wyprostowała się i klasnęła w dłonie. – Nie przedłużajmy. Oto, co dla was przygotowałam.
           Wyciągnęła z kieszeni małą kostkę. Położyła ją na środku stołu. Michael skupił na niej wzrok. Była zwykłą białą kostką do gry, jakich używa się w większości planszówkach. Wyglądała na dość starą i zużytą. Po chwili obok niej pojawiło się sześć małych kartoników oznaczonych liczbami, które odwzorowywały ilość oczek na bokach kostki.
- Będzie to prosta gra. Będziecie rzucać po kolei kostką. Numer, który wypadnie odpowiada danemu kartonikowi. Losujecie jedną kartkę i dowiadujecie się, co jest waszym przeznaczeniem. Postanowiłam jednak zrobić wam niespodziankę. Puste kartki oznaczają ominięcie zdania. Będą trzy rundy. Gramy?


Calum

           Spojrzał niepewnie na to, co przygotowała Deborah. Nawet w tych zwykłych rzeczach krył się ból i strach. Wiedział, że po jej pomysłach może spodziewać się wszystkiego. Naprawdę wolał nie wiedzieć, co zawierają w sobie te pieprzone kartki. Usłyszał jej cichy śmiech, który zmroził go do szpiku kości. Czy dzisiaj postanowi wyeliminować jednego z nich?
- Kto zacznie? – zapytała, spoglądając na nich. Hood zrobił zdziwioną minę, gdy Michael niepewnie wyciągnął dłoń do góry. – Nie, Michael… Jesteś moim ulubieńcem, moim słodkim najlepszym zwierzaczkiem. Ty nie grasz. Ty będziesz, tylko patrzał. – Znów jej zielone oczy omiotły pozostałą trójkę. – No? Który na ochotnika? Bo zaraz naprawdę się wkurzę. - Calum przełknął cicho ślinę, gdy blondyn podniósł rękę do góry. – Świetnie, Luke!
          Nie spuszczał z niego wzroku, gdy Hemmings złapał powoli za kostkę. Zauważył, jak zatrzęsła mu się ręka. Po chwili Luke poturlał kostką. Wypadła czwórka. Nawet na nich nie patrząc, sięgnął do odpowiedniego pudełeczka. Wyciągnął z niego małą karteczkę. Rozłożył ją, wczytując się w to, co było tam zapisane.
 - Podzielisz się z nami swoim zadaniem? – zapytała Deborah. Uśmiechała się. Jak zwykle w takich momentach, uśmiechała się do nich z triumfem.
- Uderz osobę siedzącą po twojej lewej stronie – przeczytał, a potem podniósł głowę, spoglądając na Ashtona.
- I to nie ma być przyjacielski klaps w policzek, Luke – dodała Deborah. – Uderz go tak, jakby wyrządził ci największą krzywdę w życiu. I nie można się z tego wycofać, chyba, że chcesz skończyć w pokoju z kafelkami. –Blondyn od razu pokręcił głową. – To do roboty.
            Calum uważnie przyglądał się powolnym ruchom Hemmingsa, gdy ten jeszcze bardziej odwrócił się w kierunku Ashtona. Wyłapał z jego ruchu warg nieme przepraszam posłane w kierunku przyjaciela. Irwin, tylko kiwnął głową, a potem zamknął oczy. 
           To działo się w ułamku sekundy, gdy Luke zamachnął się. Głowa Irwina odskoczyła, kiedy jego policzek spotkał się z rozpędzoną pięścią blondyna. Hood od razu dostrzegł czerwony ślad, który zaczął się tworzyć na jego skórze.
- Pięknie. Calum, twoja kolej – powiedziała, zadowolona.
           Wyciągnął rękę w stronę kostki, kątem oka obserwując to, jak Ashton rozmasowuje sobie szczękę. Może reszta zadań nie będzie, aż tak tragiczna? Złapał przedmiot, a potem poturlał go po stole. Dźwięk kości rozniósł się po jego głowie, jakby był milion razy głośniejszy, niż w rzeczywistości. Wypadła jedynka. Od razu sięgnął do pudełeczka, wyciągając białą kartkę. Otworzył ją. Była pusta. Odetchnął z ulgą.
- Co tam jest?
- Nic – odpowiedział. Na potwierdzenie wyciągnął w jej stronę czysty świstek papieru.
- Masz szczęście Calum, los ci sprzyja – powiedziała Deborah. – Ashton twoja kolej.


Michael

            Z niedowierzaniem patrzył, jak Ashton wykonuje swoje zadanie. Kto normalny zmusza kogoś, do wytrzymania w beczce wody przez całą minutę? Przecież Irwin może się utopić. Poczuł, jak stróżka potu spływa mu po kręgosłupie. Do oczu pocisnęły się łzy. Nie mógł na to patrzeć. Nie mógł widzieć tego koszmaru, który się dzieje.
           Irwin stanął przed pękatą metalową beczką, którą przyturlał tu Steven. Ustawił się naprzeciwko niej. Mężczyzna ściągnął pokrywę. Chciał zamknąć oczy, ale nie dał rady. Kolejny dreszcz przebiegł po jego ciele, gdy Ashton nabrał powietrza w płuca, a potem zanurzył głowę. Steven zacisnął palce na jego karku, by przypadkiem nie mógł przerwać zadania przed czasem.
           Z początku nie działo się nic. Upływająca minuta ciągnęła się dla Michaela w nieskończoność. W myślach błagał, by mu się udało. By Irwin przypadkiem się nie utopił. Przełknął ślinę, gdy jego przyjaciel zaczął się szarpać. Jego ręce chodziły na wszystkie strony, jakby próbowały namierzyć osobę, która go trzyma. Jakby chciał ostatkiem sił przerwać torturę.
           Potem wszystko ustało. Steven puścił go, a Ashton nabrał w płuca drogocennego tlenu, którego potrzebował. Zaczął kaszleć i charczeć, ale po chwili się uspokoił. Deborah zaklaskała w ręce, uśmiechając się do niego szeroko. W tym momencie Michael nienawidził jej z całego serca. W tym momencie sam chciał włożyć jej głowę do beczki i trzymać tak długo, dopóki nie przestanie się ruszać. Dopóki nie wydusi z siebie ostatniej iskry życia.


Ashton

            Płuca paliły go żywym ogniem, gdy brał kolejny urywany oddech. Poczuł napływ ulgi, że udało mi się to przeżyć. Że udało mu się jakoś to wytrzymać. Na chwiejnych nogach wrócił do stołu, przy którym siedziała reszta. Koszulka w niektórych miejscach nieprzyjemnie kleiła mu się do ciała, a włosy oklapły, przysłaniając morką twarz.
          Wziął kolejny oddech, nabierając powietrza nieco głębiej. Płuca lekko zakrzyczały z bólu, ale powoli wszystko się normowało. Wytarł twarz w dół białej bluzki, pozbywając się z policzków zimnej wody. Zauważył, że cały się trzęsie, ale nie mógł tego opanować. Teraz nawet nie próbował tego powstrzymywać.
- Luke, znowu ty – odezwała się kobieta.
           Ashton spojrzał na kumpla, który szybko złapał za kostkę, jakby chciał by ten koszmar, jak najszybciej dobiegł końca. Rzucił nią. Wypadła szóstka. Wychylił się, by sięgnąć do pudełka. Wyciągnął karteczkę, a następnie rozwinął ją.
- Czytaj na głos – rozkazała mu Deborah.
- Zjedz mnie dwa razy.
- Proszę bardzo, piesku. - Podeszła do Hemmingsa. Zatrzymała się tuż obok niego. Z kieszeni wyciągnęła mały przezroczysty woreczek z dwiema białymi tabletkami. – Spokojnie, nie przekręcisz się od nich. – Wcisnęła mu je w ręce. – Możesz je rozgryźć, jeśli nie połkniesz ich bez popijania.
           Luke otworzył woreczek. Przez chwilę przyglądał się białym tabletkom, które nie były w żaden sposób oznakowane. Zerknął na Deborah, a ona uderzyła go w tył głowy, dając mu tym znać, że ma się pospieszyć. Wyciągnął je, a potem włożył do buzi. Ciche chrupnięcie, a potem następne dotarło do uszu Irwina. Luke zaliczył zadanie.
- Calum? - Mulat złapał za kostkę. Rzucił nią. Wypadła dwójka. Wylosował karteczkę.
- Zjedz mnie, choć żyję? – zapytał, nie rozumiejąc, co to ma znaczyć.
- Specjał kuchni dla ciebie – zaśmiała się Deborah. Odwróciła się. Steven podał jej plastikowe pudełko. – Wystarczy jeden. To mało ekstremalne zadanie.
           Otworzyła wieczko, wyciągając je przed nos Caluma. Irwin widział, jak chłopak mocno się skrzywił. Potem jednak, jakby odzyskał odwagę i złapał za to, co było w środku. Perkusista dostrzegł podłużną, jeszcze ruszającą się dżdżownicę. Odwrócił głowę, nie chcąc na to patrzeć. Bał się, że od samego widoku się pochoruje.
- Tylko nie wymiotuj, Hood – zagroziła Deborah, klepiąc go po ramieniu. – Wsuwaj.
           Zerknął na Mulata w momencie, kiedy ten zatkał sobie nos i bez oporów włożył wijące się paskudztwo do buzi. Irwin nienawidził robali i innych tego typu rzeczy. Znów się odwrócił, czując, jak wszystko podchodzi mu do gardła, gdy Hood zaczął się krztusić. Nie zdziwiłby się, gdyby Cal to zwrócił, obryzgując stół treścią swojego żołądka. Na szczęście nic takiego się nie stało i choć się męczył, udało mi się zaliczyć zadanie. Irwin niemalże jęknął pod nosem, gdy zielone oczy Deborah spojrzały na niego. Była jego kolej. Znowu.
           Niepewnie sięgnął po kostkę. Rzucił nią odrobinę za mocno, bo ta odbiła się od ramienia Michaela, który podskoczył na swoim miejscu. Wypadła czwórka. Sięgnął szybko do odpowiedniego kartonika. Chciał mieć to już za sobą. Zostałaby, tylko jeszcze jedna runda i dałaby im spokój. Wyciągnął karteczkę. Wstrzymał oddech. Otworzył ją. Była pusta. Odetchnął z ulgą, pokazując ją Deborah.
- Następny szczęściarz. Luke teraz ty.


Luke

             Poczuł się dziwnie. Coś było nie tak. Zaczął się zastanawiać, co za tabletki kazała mu połknąć. Wiedział, że musi wrócić na ziemię i dokończyć grę, bo inaczej Deborah naprawdę się wkurzy. Złapał za kostkę i rzucił nią. Przez chwilę obraz rozmazał się przed jego oczami, by po chwili wrócić do wcześniejszego stanu. Spojrzał na cyfrę. Wypadła jedynka. Sięgnął po karteczkę.
- Zjedz mnie dwa razy – przeczytał, choć musiał się porządnie skupić, by to zrobić.
- O Luke… To będzie mocna dawka – rzuciła Deborah ze śmiechem. Tak jak poprzednio, podeszła do niego. Wyciągnęła kolejny foliowy woreczek z dwiema białymi tabletkami. Podała mu je. – Wiesz, co robić.
           Kiwnął tylko głową, a potem zażył dwie na raz, rozgryzając je zębami. Miały gorzki posmak, który osadzał się mu na zębach i dziąsłach. Nadgryzł odrobinę język, aby zmusić organizm do wytworzenia większej ilości śliny. Przełknął wszystko.
- Pięknie. Calum, teraz ty.


Calum

           Tak, jak reszta, chciał zakończyć szybko to spotkanie. Dlatego bez zawahania złapał za kostkę i od razu nią rzucił. Była to ich ostatnia runda. Jeszcze tylko on i Ashton, a głupia gra Deborah dobiegnie końca. Wypadła piątka. Sięgnął od razu w stronę kartonika, wyciągając z niego białą karteczkę. Otworzył ją.
- Upuść trochę cudzej krwi – przeczytał.
- Proszę. – Deborah podeszła do niego, podając mu srebrny nóż. – Możesz wybrać swoją ofiarę. Pamiętaj jednak, że to musi być ktoś z graczy. Kogo chcesz osłabić?
            Rozejrzał się. Jego wzrok zatrzymał się na Ashtonie, który nadal ciężko oddychał, a potem na Hemmingsie, który teraz lekko chwiał się na swoim miejscu. Zacisnął zęby i wstał z miejsca. Nie był pewny, co zrobiła mu Deborah, ale Luke w tym momencie wyglądał, jakby właśnie zaczynał wciągać się, w jakiś inny świat. Jakby ta suka podała mu narkotyki. Miał tylko nadzieję, że sprawią to, że blondyn nie będzie tego tak mocno czuł.
           Zatrzymał się przy nim. Niemo przeprosił go, choć nie był pewny, czy Luke w ogóle coś z tego zrozumiał. Złapał za jego rękę. Zawahał się. Nie chciał robić mu krzywdy. Wiedział jednak, jakie konsekwencje im grożą za złamanie zasad. Musieli to wszystko wziąć na siebie. Każdy z nich – może oprócz Michaela – wiedział, że są blisko ucieczki i kolejne stawianie się, które groziło mocnym pobiciem, nie wchodziło w grę. Musieli być sprawni, by mieć siłę uciekać.
            Przyłożył ostrze do jego dłoni, a potem zamknął oczy. Przejechał nożem po jasnej skórze przyjaciela, który syknął pod nosem. Od razu zabrał od niego rękę, a strużka czerwonej krwi wypłynęła z rany. Na szczęście nie zrobił głębokiego cięcia. Gdy Calum usiadł na swoim miejscu, odkładając nóż na stół, zobaczył, jak Luke przyciska dłoń do białego ubrania, które od razu się zabarwiło.
- Pięknie. Ashton ostatni rzut i kończymy.
           Irwin sięgnął po kostkę. Rzucił nią. Wypadła dwójka. Drżącą ręką sięgnął do kartonika. Wyciągnął kartkę. Rozwinął ją. Calum dostrzegł na jego twarzy uczucie ulgi. Położył na stole pustą kartkę. Brak zadania, gra skończona.
- No, no – powiedziała Debroah. – Naprawdę jesteś szczęściarzem, Ash. W takim razie koniec na dzisiaj.
           Nagle spojrzała na Luke'a, sprawiając, że wszystkie oczy skierowały się na niego. Chłopak cicho jęknął pod nosem, łapiąc się zdrową ręką za głowę. Calum wstrzymał oddech. Co jeśli to nie były narkotyki, a coś znacznie gorszego? Co jeśli kazała mu wziąć, jakąś truciznę?
- Luke? – zapytała, unosząc lekko brwi do góry. – Będziesz żył, o to się nie bój. Jak się czujesz?
- Ja… chujowo – odpowiedział, co ją rozbawiło.
- Dostałeś poczwórną dawkę, więc się nie dziwię.
- Mogę…
- Co?
- Mogę się położyć? – zapytał, a potem położył rękę na stole, a na niej oparł czoło.
- Chyba najwyższy czas zadzwonić po dziewczyny.


Felicity

            Weszła szybko do sali. Nie spodobały się jej słowa Deborah. Nie powiedziała jej, co prawda nic konkretnego, ale zdanie Luke zaniemógł nie było zbyt optymistyczne. Zachodziła w głowę, co znowu wymyśliła ta wariatka.
           Zatrzymała się, widząc siedzących przy stole chłopaków. Luke leżał z głową na dłoni, ciężko oddychając. Zacisnęła zęby, zakładając na twarz maskę. Neutralność. Musiała podejść do tego, jak najbardziej obojętnie, by nie zdradzić tego, że cholernie zaczęła się o niego bać.
- Zabierzcie ich – powiedziała Deborah.
           Dziewczyny rzuciły się w kierunku chłopaków, chcąc ich, jak najszybciej wyprowadzić. Nawet Parker włączyła szybsze obroty, byleby tylko znaleźć się, jak najdalej od Deborah. Felicity miała utrudnione zadanie, bo Luke ledwo kontaktował. Wymruczał coś pod nosem, jakby był na granicy jawy i snu. Błagała go w myślach o to, by nie powiedział niczego, co by ich w jakikolwiek sposób zdradziło. Nie tylko pod względem ucieczki, ale także tego, co zaszło między nimi.
           Alice i Parker zdążyły już wyjść, a ona dopiero założyła mu na oczy chustę. Zakuła jego ręce, choć Hemmings był w takim stanie, że z pewnością nie dałby rady uciec. On teraz nie byłby wstanie zrobić, czegokolwiek z własnej woli. Musiała wziąć na siebie ciężar jego ciała, ignorując ból w żebrach. Potem powoli ruszyli w stronę drzwi.
           Miała wrażenie, że droga do jej pokoju ciągnie się w nieskończoność. Co jakiś czas szeptała do blondyna, mając nadzieję, że ten nie odpłynie jej całkowicie. Nie dałaby rady od tak zanieść go do celu. Najgorszą męczarnią było pokonanie schodów. Luke mamrotał coś pod nosem, co dla niej w danej chwili nie miało żadnego sensu, dlatego przestała go słuchać, skupiając się jeszcze bardziej na kolejnych stopniach.
           W końcu dotarła do drzwi. Otworzyła je, a potem wciągnęła do środka półprzytomnego Luke'a. Zasunęła zasuwę. Spojrzała na niego, kręcąc nosem. Ściągnęła mu z głowy chustkę. Chłopak zamrugał kilka razy, ale wydawało się, że nie jest w stanie skupić się na czymś konkretnym. Zdjęła z niego łańcuchy, pozwalając mu oprzeć się na niej, co skutkowało kolejną falą bólu dochodzącą z żeber.
- Luke?
- Fel… Co… Ja chyba…
- Dała ci coś?- Pokiwał głową, a potem jęknął pod nosem. – Co to było? Luke? Co to było?
- Tabletki.
- Ile?
- Nie… Nie pamiętam.
- Dwie?
- Więcej.
- Okej, musisz je koniecznie zwrócić jasne? Jak to zrobisz poczujesz się lepiej.
- Czuje się chujowo… Będę… Gdzie…
- Chodź.
           Pociągnęła go do łazienki. Luke w ogóle nie stawiał oporów. Zapaliła światło, a potem pomogła mu klęknąć przy toalecie. Odgarnęła z jego twarzy mokre kosmyki włosów. Chłopak zaczął się pocić. Widziała, że miał skaleczoną rękę, choć z rany już przestała sączyć się krew. Pogładziła go po plecach.
- Luke?
- Niedobrze mi – wydusił z siebie, a jego palce zacisnęły się na desce. – Muszę do łazienki…
- Kotku - potarła jego kark dłonią. – Jesteśmy w łazience. Możesz…
            Ale nie dokończyła. Luke przechylił się w stronę toalety, wyrzucając z siebie pierwszą porcję wymiocin. Zakaszlał raz, a potem przyszła kolejna fala. Zaczął się trząść, nie przestając zwracać. Siedziała przy nim tak długo, dopóki nie skończył. Wstała na moment, by podać mu szklankę z wodą. Upił odrobinę, a potem znów zwymiotował. W końcu oparł się o deskę czołem, ciężko dysząc.
- Luke?
- Nie mam siły. Ja… Co się dzieje?
- Jest w porządku, kotku.
- Jezu – wymruczał, opadając na zimne kafelki. Złapała go, gdy przechylił się na bok. Pomogła mu oprzeć się z powrotem o toaletę.
- Nie ruszaj się. Cały się trzęsiesz.
           Szybko podniosła się, a następnie wyszła z łazienki. Rozejrzała się po pokoju. Jej wzrok natrafił na leżący na jego piankowym materacu koc. Niewiele myśląc złapała za niego, wracając do blondyna. Usiadła obok niego, okrywając go materiałem. Widziała, jak kolejna stróżka potu spływa mu po twarzy. Przysunęła do jego ust szklankę z wodą. Upił mały łyk, a potem ciężko westchnął.
- Chcesz tu zostać?
- Tu? Czyli… Nie wiem… Chcę zostać w łazience – wymamrotał, z zamkniętymi oczami.
- Jeszcze ci niedobrze?
- Nie… Nie wiem… Chyba lepiej… Nic nie rozumiem…
- Luke?
- Zimno mi – powiedział, wciskając się w jej ciało. Przesunęła się bardziej w jego stronę, tak by łatwiej mógł się o nią oprzeć. Jeszcze bardziej opatuliła go kocem. Blondyn wtulił twarz w jej klatkę piersiową, przyjmując pozycję pół leżącą. Podciągnął nogi pod brzuch.
- Będzie dobrze. To minie.



***
Informuję, że odbyła się ostatnia gra Deborah. Kobieta już na razie nie będzie miała okazji wykazać się swoimi chorymi pomysłami :)

Tak, jak pisałam wcześniej - historia The Great Escape dobiega powoli końca. Niestety nie będzie drugiej części, ale będzie inna historia. Nie będzie taka, jak ta, ale mam nadzieję, że i tak się wam spodoba :) Ale o tym innym razem :)

Dziękuję wam za wszystkie komentarze :) Naprawdę je uwielbiam!

Zapraszam was też na inne blogi, bo i tam wyjątkowo pojawiły się nowe rozdziały :)

Pozdrawiam!


3 komentarze:

  1. Już ci złożyłam życzenia na jednym blogu, ale tutaj też je napiszę: Zdrowia, szczęścia, miłości, pieniędzy, spełnienia marzeń, wszystkiego czego tylko zapragniesz.
    Rozdział świetny, nawet nie wiesz jak się cieszę, że dzisiaj są rozdziały na twoich wszystkich blogach. Mam ogrooomny zaciesz.
    Ostatnia gra Deborah - wreszcie! Nienawidzę tej baby. Szkoda, że to opowiadanie dobiega końca, ale ważne jest to, że nadal piszesz i masz jeszcze parę blogów, które będę czytać tak długo, jak będą one istnieć.
    Czekam na następny rozdział
    Pozdrawiam ^^

    OdpowiedzUsuń
  2. WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO ROXY!!!! - Też ci składam życzenia tam, gdzie mogę!
    I zgadzam się z Oliwią - super że można dzisiaj przeczytać nowe rozdziały na każdym twoim blogu :)
    Nienawidzę Deborah - ale to już wiesz i cieszę się, że jej głupia gra w końcu się skończy. Szkoda mi chłopaków, jak można robić takie rzeczy drugiemu człowiekowi? Tego nigdy nie ogarnę. W ostatniej scenie jeszcze bardziej mi się zrobiło szkoda Luka. Każdy z nich przez Deborah tyle musiał wycierpieć. Ale to się skończy. Dadzą stamtąd drapaka i tyle!
    Z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy :)
    Pozdrawiam Milena

    OdpowiedzUsuń
  3. I jeszcze raz wszystkiego NAJ Roxy!!-życzenia, złożyłam Ci już na jednym blogu ale tutaj też nie zaszkodzi;)
    Wszystkiego co najlepsze , spełnienia marzeń, uśmiechu , szczęścia, pomyślności, wszystkiego o czym tylko zamarzysz i miłości:)
    Bombowy rozdział, tak bardzo się ciesze , że to już koniec idiotycznych pomysłów Deborah, której nienawidzę z całego serca i koniec cierpienia chłopaków<3
    Pozdrawiam i życzę weny^-^

    OdpowiedzUsuń