piątek, 13 listopada 2015

29 "Nie mam dobrych wieści"

Alice

             Była na tyłach Gniazda, powtarzając po raz kolejny tą samą czynność. Zacisnąć, zassać, a potem puścić. Przeciągała ten moment nakładania na kraty kwasu, jak najdłużej. Bo zaraz po tym czekało ją o wiele gorsze zadanie do wykonania. Zadanie, którego się podjęła, choć nie była pewna, dlaczego w ogóle się do tego zgłosiła. Mogła zostawić to do zrobienia Felicity.
            W końcu wsunęła małą buteleczkę do kieszeni. Z drugiej wyciągnęła telefon. Przez dłuższą chwilę spoglądała na wyświetlacz, jakby on miał jej podpowiedzieć, jak to zrobić. Jak wykonać ten pieprzony telefon i poinformować nieznajomą kobietę, że dwa dni temu zmarła jej córka. Jak powiedzieć matce Vivien, że już nigdy nie zobaczy na oczy swojego najstarszego dziecka.
           Jej dłoń mocniej zacisnęła się na telefonie. Wzięła głęboki oddech i wykręciła numer. Przyłożyła komórkę do ucha, wsłuchując się w jeden, a potem drugi ciągły sygnał. Po chwili po drugiej stronie usłyszała męski głos, który dobrze znała.
- Alice, co jest?
- Potrzebuje pilny kontakt do matki Viven – odpowiedziała szybko. Jej znajomy z Brisbane miał zająć się ich rodzinami i chronić ich przez cały proces ucieczki. Dlatego żadna z nich nie miała bezpośredniego kontaktu do rodziny Fel i Viv.
- Co się stało?
- Vivien nie żyje, a teraz dawaj ten pieprzony numer – warknęła pod nosem, czując, jak w jej kącikach oczu gromadzą się łzy.
- Kurwa, jasne… Zaraz dostaniesz go sms-em. – I rozłączył się.
           Alice jeszcze przez chwilę stała w miejscu. Zerknęła na Gniazdo przed sobą i skrzywiła się. To miejsce było złe. To miejsce sprawiało ból. To miejsce powoli ich wykańczało, ale niedługo miało się to skończyć. Niedługo mieli być wolni.
           Jej niebieskie oczy skupiły się znów na telefonie, kiedy otrzymała wiadomość. Był to rząd cyfr. Tylko cyfry, bez żadnego dodatkowego słowa. Tylko one i pustka. Nacisnęła na nie, a następnie wykonała kolejne połączenie, które miało być znacznie trudniejsze od poprzedniego.
- Tak, słucham?- zapytała cicho kobieta po drugiej stronie.
- Eva Shepard?
- Przy telefonie.
- Z tej strony Alice…
- Czy… czy jesteś przyjaciółką Vivien?
- Tak.
- Czy coś się stało? Vivien mówiła, że nie będziecie się z nami na razie kontaktować, chyba, że będzie działo się coś ważnego – powiedziała jednym tchem kobieta. Alice poczuła nieprzyjemne ukłucie w klatce piersiowej, a potem wielką gulę w gardle. – Halo?
- Jestem… Ja… Naprawdę mi przykro.
- Co się stało?
- Vivien zmarła dwa dni temu. Wyślę do pani namiary, jak trafić na cmentarz, na którym jest pochowana.  Niech pani jednak nie wraca na razie do miasta. Nie może pani ryzykować, my… Nie wszystko tu jest skończone. – Usłyszała cichy szloch. Zacisnęła mocniej oczy, czując, jak łzy znów za wszelką cenę chcą się wydostać na zewnątrz.
- Jak… Jak zginęła?
- Oni ją… Nie udało się zadanie, w którym brała udział – powiedziała wymijająco Alice. – Naprawdę mi przykro. – rzuciła na koniec, a potem rozłączyła się. Wcisnęła telefon do kieszeni, oplotła się ramionami i jeszcze przez chwilę pozwoliła, by łzy moczyły jej jasne policzki.


Felicity

            Wyszła z kuchni, zostawiając tam brudne naczynia po ich śniadaniu. Przeszła przez cichy korytarz. Gdy trafiła na główny hol, wtedy ją zobaczyła. Deborah właśnie kierowała się do sali, w której przeważnie męczyła chłopaków swoim towarzystwem. Stukot jej obcasów roznosił się echem po budynku. Fel poczuła, jak zatrzęsły się jej dłonie.
           W tym momencie zadziałała pod impulsem. Wściekłość, żal i smutek wypełniły każdą komórkę jej ciała. Do tego po chwili doszła chęć odegrania się na niej. Pokazania jej, że to wszystko jest jej pieprzoną winą. Dlatego zapominając o wszystkim, ruszyła w jej stronę, zaciskając mocno pieści.
            Wpadła do sali zaraz za nią. Deborah odwróciła się. Jej zielone zimne oczy spoczęły na czarnowłosej dziewczynie. Uniosła lekko brwi do góry, widząc w jakim stanie jest jej Wilczyca.
- A ty wyluzuj – powiedziała powoli. – Co się znowu stało? Mam na razie dość kryzysów.
- Co się stało?! – warknęła, podchodząc do niej. – Ty się jeszcze pytasz, co się kurwa stało?!
- Zejdź z tonu, Felicity – odparła Deborah, odpychając ją lekko od siebie.
- To przez ciebie Vivien nie żyje! Zgnoiłaś ją do tego stopnia, że nawet nie próbowała walczyć o swoje życie! To ty i te twoje pieprzone gry, które z nami prowadzisz!
- Mylisz się. Ona zawsze była słaba. Nigdy nie wierzyłam, że uda jej się długo tu pociągnąć i jak widzę miałam rację – powiedziała, przez zaciśnięte zęby. – Kwestią czasu było to, że w końcu oberwie tak, że już się nie podniesie. Więc nie waż się zwalać na mnie winy za jej słabość!
            Zaczęła oddychać coraz szybciej, wciąż nie odrywając oczu od starszej kobiety. Furia powoli przejmowała nad nią kontrolę. Nienawidziła jej. Nienawidziła jej tak bardzo, że pragnęła jej śmierci. Nie potrafiąc się opanować, podniosła rękę i po porostu uderzyła ją w twarz. Zrobiła to tak mocno, że poczuła ból w prawej dłoni, który od kostek promieniował ku nadgarstkowi.
            Głowa Deborah odskoczyła w tył. Kobieta zachwiała się na szpilkach. Złapała jednak równowagę. Wyprostowała się i rozmasowała szczękę, patrząc na nią surowym i wściekłym wzorkiem. Fel już wiedziała, że ostro sobie nagrabiła, ale była gotowa ponieść karę. Miała tą satysfakcję, że zaatakowała ją pierwsza.
- Ty… Jak śmiesz podnosić na mnie rękę! Pieprzona suka!
            Deborah doskoczyła do niej. Zanim zdążyła się zorientować, chwyciła ją za włosy, ciągnąć je do tyłu. Jej ciało wygięło się w niewielki łuk. Podcięła ją, a Fel padła na kolana, tuż pod jej nogi. Deborah uderzyła ją raz, a potem kolejny. Nie wiedziała czemu, ale zaśmiała się cicho, podnosząc głowę do góry, by znów móc spojrzeć w te zimne zielone tęczówki.
- Tylko to potrafisz? Przemocą nie zmienisz mojego zdania o tobie – powiedziała powoli, wycierając kącik ust, w którym nagromadziła się krew. – Jesteś nikim Deb…
- Sama się o to prosiłaś – wysyczała pod nosem. Podeszła do niej. Jej szczupłe palce zacisnęły się na jej szyi. Druga ręką wyciągnęła telefon. Wykręciła szybko numer, a potem przyłożyła urządzenie do ucha. – Steven. Mam dla ciebie robotę. Felicity postanowiła zostać małą buntowniczką.


Luke

            Siedział na piankowym materacu, co jakiś czas wsłuchując się w cichy brzdęk łańcuchów, gdy metal pocierał się o metal, za każdym razem, gdy Luke choć odrobinę zmieniał pozycję. Co jakiś czas zerkał w stronę drzwi, czekając. Felicity miała wyjść, tylko na chwilę. Tylko zejść do kuchni i zaraz wrócić. Choć nie miał zegarka, to wiedział, że minęło znacznie więcej czasu odkąd opuściła pokój.
            Zaczął się denerwować. Był świadomy tego, że tu nic jej nie groziło, ale gdzieś w środku czuł niepokój. Przecież jakby coś się stało, gdyby nagle wypadła im jakaś kolejna niebezpieczna akcja, Fel wróciłaby do pokoju, by zabrać stąd chociaż swoje rzeczy. Aby się przebrać, bo nadal była w szarych dresach i luźnej jasnej koszulce. A tak, szafa została nadal nietknięta, tak samo, jak jej komórka, która od dłuższego czasu leżała porzucona na biurku.
            Drgnął i podskoczył, gdy rozległo się pukanie do drzwi. Nie był to ich kod. Więc musiał to być ktoś spoza ich grupy ucieczkowej. Teraz tym bardziej zaczął się o nią martwić. Bo gdyby coś się stało, to oni by to wiedzieli, a nie szukali jej w pokoju. Ciągłe pukanie w końcu ustało, a Luke wlepił swoje błękitne oczy w drzwi, jakby te miały się zaraz otworzyć. Jednak nic takiego się nie stało.
            Z każdą kolejną mijającą minutą martwił się o nią coraz bardziej. Zastanawiał się, co takiego mogło się wydarzyć, że nie wróciła. A może w drodze do pokoju natknęła się na Alice i poszły do niej omówić kolejny punkt ucieczki? Nie… Powiedziałaby mu o tym. Uprzedziłaby go, by się nie denerwował.
           Nagle usłyszał dzwoniący telefon. Melodia rozniosła się po pokoju, a on zakrył twarz rękami. W końcu wokół niego zapanowała cisza. Jednak nie na długo, bo komórka rozdzwoniła się ponownie, a potem jeszcze raz i jeszcze raz, a Luke miał wrażenie, że zaraz od tego zwariuje. Jak tylko telefon przestał się wydzierać, doszło do niego kolejne pukanie. Tym razem na znany mu kod. To musiała być Alice. On jednak zgodnie z instrukcjami, jakie wydała mu Fel, musiał siedzieć na miejscu. Ktoś w końcu mógł to podrobić. Nie mógł być, aż tak naiwny.
            Sięgnął pod materac, aby wydobyć spod niego cienką czarną wsuwkę do włosów. Przez chwilę męczył się z uwolnieniem rąk, ale ku jego uldze bransolety w końcu puściły. Wstał z miejsca, czując, jak od tego stresu zaschło mu w ustach. Wiedział, że nie powinien szwendać się po pokoju, gdy jej tu nie ma, ale musiał się koniecznie czegoś napić. Dlatego od razu jego kroki skierowały się do lodówki. Dopadł do niej, a następnie wyciągnął butelkę z wodą. Przyssał się do niej, jakby ta niewinna ciecz miała zgasić w nim rosnący niepokój i desperację, która go ogarniała.
            Nagle podskoczył, niemalże wypuszczając butelkę z ręki. Telefon Felicity zadzwonił po raz kolejny. Podszedł do niego i zerknął na wyświetlacz. Dzwoniła Alice. Niepewnie wyciągnął rękę w jego stronę. Jeszcze przez krótki moment wpatrywał się w ekran, a potem przejechał po nim palcem, by odebrać. Nie odezwał się. Pod tym względem musiał być ostrożny. W końcu mógł to być ktoś inny.
- Jesteś tam?- Usłyszał po drugiej stronie zniecierpliwiony głos Alice. – Fel do cholery…
- Alice?
- Luke? Co ty… Co się dzieje? Gdzie Felicity?
- Nie mam pojęcia.
- Co?
- Wyszła i jeszcze nie wróciła.
- Gdzie wyszła?
- Tylko do kuchni.
- I nie wróciła?
- Nie – wydusił z siebie, kręcąc jednocześnie głową, choć dziewczyna nie mogła tego zobaczyć.
- Kurwa… Zaraz to sprawdzę. Wracaj na swoje miejsce. Może dzieje się coś, co dziać się nie powinno, dlatego musisz uważać.
- Jasne.
- Weź ten telefon i połóż go w takiej odległości od siebie, która by na pierwszy rzut oka nie wskazywała na to, byś mógł go dosięgnąć.
- Co jest Alice? – Usłyszał gdzieś w tle głos Caluma.
- Chyba mamy problem. Luke?
- Jestem.
- Zadzwonię, gdy czegoś się dowiem. Drzwi masz zamknięte na zasuwę czy klucz?
- Klucz.
- Okej. Zadzwonię później. – I rozłączyła się.
             Luke odciągnął telefon od ucha, a potem wrócił z nim na materac. Założył na siebie łańcuchy, stawiając otwartą butelkę z piciem, niedaleko siebie. Telefon wyciągnął, jak najdalej tak, by w razie czego móc zahaczyć o niego, tylko palcami. Uważał, że ta odległość jest dobra, by nikt kto tu wparuje nie nabrał podejrzeń.
            Oparł się o ścianę, przecierając dłońmi twarz. Zagryzł lekko wargę. Teraz tym bardziej się bał. Bał nie o siebie, ale o nią. A jak coś jej się stało? A jak, nie daj Boże, skończy, jak Vivien? Luke potrząsnął głową starając się o tym nie myśleć, ale ona tak mocno zakorzeniła się w jego mózgu, że nie mógł się jej pozbyć. On nie zniesie tego, gdy coś jej się stanie. On nie poradzi sobie tak, jak Ashton po stracie Vivien. Oni byli tylko przyjaciółmi, a on… On czuje do niej coś znacznie większego. On nie może jej stracić. Nie w tym momencie. Nie teraz, gdy są tak blisko.


Felicity

           Czuła każdy skrawek swojego ciała. Ból rozprzestrzeniał się na każdy jego fragment. Ciepła ciecz spływała jej po twarzy, mieszając się z potem. Ubranie było pokryte jej własną krwią. Wszystko się do niej lepiło, a ona była pewna, że jeśli to się nie skończy, to najnormalniej w świecie wykrwawi się na śmierć.
           Steven spojrzał na nią, lekko zaciskając usta. Pokręcił głową, siadając na stole naprzeciwko niej. Felicity poruszyła dłońmi, przywiązanymi do drewnianego krzesła. Sznur wrzynał jej się w nadgarstki, ale już dawno przestała czuć to szczypanie.
- Wiesz, że niechętnie to robię – powiedział mężczyzna, ciężko wzdychając.
- Wiem. Ty też jesteś jej popychadłem.
- Mam dobrą posadkę i chcę ją utrzymać.
- Nie mam ci tego za złe – odparła, czując, jak stróżka krwi wypływa znów z jej ust. Kilkukrotnie dostała po twarzy, a te ciosy skutecznie rozwaliły jej wargę i poharatały dziąsła.
- Nie powinnaś się jej stawiać.
- Nie umoralniaj mnie. To przez nią zginęła Vivien. Mogła jej nie upokarzać w ten sposób.
- Deborah…
- To zwykły śmieć – przerwała mu Fel. – Kończ te tortury, bo naprawdę kiepsko się czuję.
- Mam ostatnie polecenie.
- Co tym razem? Porażenie prądem czy podtopienie… A nie podtopienie już było. No… Zaskocz mnie Steven.
- To będzie mało przyjemne.
- Domyślam się – wyszeptała, zaciskając mocniej dłonie. – Musiałeś to tak kurewsko mocno zawiązać?
- Musiałem.
- Co będzie ostatnie? – zapytała, wlepiając w niego ciemne oczy. Steven uniósł małe kombinerki do góry. Felicity poczuła, jak jej oddech przyspiesza, a po plecach spływa kolejna stróżka potu. Zacisnęła zęby.
- Mam ci usunąć trzy paznokcie. Bądź grzeczna. - Zeskoczył ze stołu i podszedł do niej. Złapał za jej zakrwawioną dłoń. – Wiem, że jesteś prawo ręczna, więc zerwę ci je z lewej, pasuje?
- Zrób to szybko.
             Złapał za leżącą na stole szmatę i przetarł jej rękę, aby szczypce nie ślizgały się na zakrzepniętej krwi. Podniósł wiszący na jej szyi materiał i wcisnął go w usta, by stłumił krzyk dziewczyny. Następnie ustawił się do niej bokiem tak, by mieć lepszy widok na jej dłoń. Pochylił się jeszcze bardziej, a ona poczuła, jak jego palce zaciskają się na jej lewym nadgarstku.
            Wstrzymała oddech, gdy poczuła zimny metal, który otarł się o jej skórę. Zaraz po tym, główka kombinerek mocno zacisnęła się na jej paznokciu. Nie miała już siły walczyć z kolejną falą bólu. Była wykończona. Dlatego nawet nie powstrzymywała histerycznego krzyku, gdy Steven wyrwał jej paznokieć. To tak cholernie bolało, gdy płytka odrywała się od łożyska paznokcia, że na jej policzkach znów zalśniły słone łzy.
            Zacisnęła mocniej zęby na materiale i krzyknęła po raz kolejny, gdy Steven zabrał się za usuwanie drugiego paznokcia. Zaczęła się trząść na całym ciele i coraz ciężej oddychać, gdy dławiła się śliną, krwią i łzami. W myślach błagała, by to się w końcu skończyło. Wiedziała jednak, że to jest jej wina. To ona doprowadziła do tego, co się działo. To ona zaatakowała pierwsza i teraz ponosiła za to konsekwencje, których mogła się spodziewać.
             Kolejny krzyk wydarł się z jej gardła. Ostatni paznokieć został usunięty, a ona przez moment była pewna, że zwymiotuje. Ostatkiem sił powstrzymała mdłości i przesuwającą się ku górze treść żołądka. Zapiekło ją w przełyku, ale zwalczyła to. Próbowała unormować oddech. Zacisnęła oczy, starając się nie patrzeć na swoją lewą dłoń. Wolała nie widzieć tego, jak teraz wygląda.
- To koniec, maleńka – powiedział Steven, usuwając z jej ust wilgotną chustę. – Zostawię cię tu na chwilę, byś mogła trochę dojść do siebie. Jak wrócę, zaprowadzę cie do pokoju, jasne? – Pokiwała tylko głową, opierając się o twarde oparcie krzesła. Usłyszała zamykające się drzwi. Została sama.


Alice

            Urządziła najpierw przesłuchanie Parker, ale dziewczyna twierdziła, że jej nie widziała. Powiedziała tylko, że pukała do niej, ale nikt jej nie otworzył, a chciała pożyczyć od niej jakieś ubrania. Alice nie słuchała jej uważnie. Następnie wyszła z pokoju z postanowieniem, że sprawdzi każdy kawałek Gniazda, byle by tylko znaleźć przyjaciółkę.
           Kiedy zeszła na sam dół, zobaczyła idącego w stronę kuchni Stevena. Niewiele myśląc podbiegła do niego, zrównując się z nim. Łysy mężczyzna spojrzał na nią, a potem raptownie się zatrzymał. Rozejrzał się po holu, sprawdzając czy nikogo nie ma na horyzoncie.
- Mam pytanie – zaczęła Alice, ale ten szybko przerwał jej machnięciem dłoni. – Co jest?
- Chodzi o Felicity – powiedział niemalże szeptem.
- Wiesz gdzie ona jest? – zapytała, czując zdenerwowanie. Steven pokiwał głową. – Gdzie?!
- Kurwa ciszej – warknął, a następnie złapał ją za ramię i przycisnął do ściany. – Powiem to szybko, bo nie chcę mieć problemów. – Alice pokiwała głową. – Fel ma przejebane u Deborah. Z tego, co wiem przywaliła jej za śmieć Vivien – pociągnął, a oczy dziewczyny zrobiły się wielkie, jak spodki. – Deb kazała mi się nią zająć.
- Czy ona…
- Nie. Żyje. Choć jest poturbowana, ale da radę. Deb wymyśliła dla niej srogą karę za to, co zrobiła. Przez parę godzin musiałem ją katować. Ale starałem się nie zrobić jej zbyt dużej krzywdy. – Puścił ją, a Alice spojrzała na niego ze strachem. – Da radę, rozumiesz. Nie będę mieć jej krwi na rękach, bo ona nie umrze. Wyliże się z tego.
- Kiedy ją wypuścisz?
- Niedługo. Właśnie skończyłem. Jadaczka na kłódkę. Nic nie wiesz. Nie waż się nawet pojawić w jej pokoju, gdy do niego wróci. Deborah może to sprawdzić.
- Pewnie – odparła, kiwając głową.
- I tak ma być – rzucił Steven, a następnie ruszył w stronę kuchni.
             Alice odprowadziła go wzrokiem, a potem szybko ruszyła w stronę schódw. Nie mogła biec, by nie wzbudzić podejrzeń u przypadkowej spotkanej na swojej drodze osoby. Nie mogła też od tak wparować do pokoju Felicity, prosząc Luke'a o pomoc. Musiała tak to zorganizować, by nie pogarszać całej tej sytuacji.
            W środku czuła wściekłość. Fel nie powinna rzucać się z łapami na Deborah. Jeśli chciała jej się odpłacić za to wszystko, co zrobiła Vivien, powinna jej o tym powiedzieć. Razem wymyśliłyby, jakiś skuteczny plan, by jej dopiec. Nie powinna działać w pojedynkę. Szczególnie, że z góry było wiadomo, że Deb jej się odpłaci. Odbiła piłeczkę i teraz to Fel miała kłopoty.
             Wpadła do swojego pokoju, dysząc ze wściekłości. Chłopaki spojrzeli na nią ze strachem. Bez słowa podeszła do telefonu. Dopiero, gdy go zobaczyła, przypomniało jej się, że może zadzwonić do Hemmingsa. Może go tak uprzedzić i wyjaśnić wszystko. Może poprosić go o to, by się nią zajął. Z drugiej jednak strony tak cholernie nie chciała go dobijać, szczególnie, gdy słyszała jego spanikowany głos, jak odebrał telefon Fel. Niepewnie złapała za komórkę. Wykręciła znany numer, który znała na pamięć. Odczekała chwilę.
- Alice, co się stało? – zapytał Ashton. Machnęła na niego ręką, słysząc po drugiej stronie ciszę.
- Luke?
- Jestem. Co z Fel?
- Nie mam dobrych wieści.
- Nie… Nie błagam Alice, nie mów tylko, że…
- Żyje. Ona żyje, ale… Kurwa – syknęła, pocierając wolną dłonią kąciki oczu. – Rzuciła się na Deb.
- Co?
- Dlatego nie wróciła. Deborah zgotowała jej za to prawdziwe piekło. Ona… Będzie potrzebować pomocy po swoim powrocie. Nie mogę tam do niej iść. Steven powiedział, że mam go przez to nie wydać, bo nie powinien mi nic mówić. Dlatego… Luke, proszę… Pomożesz jej?
- Oczywiście, że tak.
- Dzięki. Najchętniej sama nakopałabym jej do tyłka.
- Wiedziałem, że coś się stało. Czułem to wczoraj, gdy wkurzyła się po przeczytaniu pamiętnika Vivien i… Ja… Powinienem był z nią porozmawiać i…
- Luke, to nie twoja wina. To jej pierdolona wybuchowość i ten cholerny zadziorny charakterek wprowadził ją w totalne gówno. – Wzięła głęboki oddech.- Luke?
- Jestem.
- To nie twoja wina, jasne?
- Okej.
- Przyjdę jutro.
- Okej. – I rozłączył się. 
            Odwróciła się powoli do chłopaków, którzy wpatrywali się w nią z niedowierzaniem. Zacisnęła lekko usta, a potem odłożyła telefon na biurko. Dlaczego wszystko musiało się tak komplikować?


Luke

            Trząsł się już na całym ciele. Ze stresu zrobiło mu się zimno. Oprócz tego czuł zbierającą się ślinę w jego ustach, jakby zaraz miał od tego wszystkiego najnormalniej w świecie zwymiotować. Modlił się w duchu, by Fel już wróciła. By mógł zobaczyć, w jakim faktycznie jest stanie. Błagał los o to, by dziewczyna to przeżyła i nie skończyła, jak swoja przyjaciółka.
            Nagle drzwi od pokoju otworzyły się. Usłyszał jej słaby głos, a potem weszła do środka, chwiejąc się na nogach. Luke zacisnął mocniej usta, widząc jej zakrwawione ubranie, rozwaloną wargę i głowę. Wyglądała, jakby stoczyła walkę na śmierć i życie, będąc u kresu. Wymusiła w sobie jeszcze odrobinę siły, by zamknąć drzwi na zasuwę. Wtedy Luke zrzucił z siebie łańcuchy, które już wcześniej rozpiął. Były tylko prowizorką, gdyby ktoś niepożądany tu wszedł. Teraz jednak bransolety były zbędne.
           Podniósł się z miejsca i podbiegł do niej. Bał się zrobić cokolwiek, jakby jego najmniejszy i najdelikatniejszy nawet dotyk, mógł wywołać u czarnowłosej jeszcze większą dawkę bólu. Podniosła głowę do góry, by móc na niego spojrzeć.
- Przepraszam – wydusiła z siebie. 
           Zachwiała się, a on niepewnie złapał ją. Pomógł jej dojść do łóżka. Usiadła na nim, a on kucnął tuż przed nią. Ujął delikatnie jej twarz w swoje dłonie, by zmusić ją do tego, by na niego spojrzała.
- Będziesz się trzymać, tak? – zapytał, przybierając spanikowany ton. – Felicity proszę… Dla mnie?
- Nic mi nie będzie, kotku – powiedziała, zdobywając się na lekki uśmiech. – Nigdzie się nie wybieram. Trochę mnie poniosło…
- Trochę? – jęknął z niedowierzaniem. – Obiecaj, że już nigdy nie zrobisz czegoś tak głupiego!
- No, chyba mogę… Mogę ci chyba to obiecać. Mam nauczkę.
- Martwiłem się o ciebie – dodał, dotykając jej twarzy.
- Przepraszam.
- Będzie okej, tak?
- Tak. Będzie. Muszę… Muszę się położyć. Kurewsko źle się czuję – odparła, krzywiąc się.
- Poczekaj, wytrzymaj jeszcze chwilę- poprosił, a w jego głośnie znów pojawiła się nuta paniki. Musiał jej pomóc. Musiał chociaż ją opatrzyć. Musiał jej w jakikolwiek sposób ulżyć.
            Wbiegł do łazienki, łapiąc za wszystkie rzeczy, które uważał, że mogą mu się przydać. Próbował w myślach odtwarzać to, co ona robiła, gdy on potrzebował pomocy. Teraz jednak nie mógł się normalnie skupić. Warknął cicho pod nosem, zaciskając palce na umywalce. Wiedział, że musi się uspokoić, bo inaczej nic nie zdziała. Poczuł, jak kilka łez wypływają z jego oczu. Wytarł je szybko dołem od koszulki, a potem wziął kilka głębszych oddechów.
            Wrócił do pokoju, niosąc w rękach miskę z wodą. Pod jedną pachą miał apteczkę, a pod drugą biały ręcznik. Następnie podszedł do jej szafy, wyciągając z niej pierwsze lepsze spodnie i czystą koszulkę. Znów znalazł się obok niej. Pomógł jej się rozebrać, a potem usunął z jej ciała krew. Starł się to robić, jak najdelikatniej, ale Fel i tak co i rusz krzywiła się lub cicho syczała z bólu.
- Postaram się to zrobić szybko – powiedział, gdy dotarł do jej poranionych palców. 
           Jęknęła głośniej, a potem ciężko westchnęła. Zacisnęła usta, gdy zakładał jej opatrunki. Na samym końcu zajął się jej twarzą. Przemył ją, uważając na rozciętą wargę i rozbitą głową. Trzęsły mu się ręce, ale ignorował to. Ważne było to, że przeżyła. Że przeżyła to, co jej zrobili. Teraz była bezpieczna.
- Dziękuję- wyszeptała, gdy zawiązał prowizoryczny opatrunek na jej głowie. Pogładził ją tylko po policzku, a potem wstał.
            Podszedł do lodówki i wyciągnął z kubka dwie łyżeczki. Ona też rozgniatała mu tabletki, gdy nie był wstanie ich połknąć. Dlatego postanowił zrobić to samo. Złapał za butelkę z wodą i znów wrócił do niej. Podał jej rozkruszone tabletki przeciwbólowe, a ona łapczywie zapiła je wodą. Następnie pomógł jej się położyć.
- Będziesz się trzymać?- zapytał drżącym głosem.
- Spokojnie kotku. Będę.
- Obiecujesz?
- Obiecuję. – Nachylił się nad nią, delikatnie całując ją w czoło. – Będziesz…
- Zaraz do ciebie przyjdę. – Uśmiechnęła się lekko. Luke przykrył ją kołdrą, a potem zabrał się za sprzątanie tego całego bałaganu, który zrobił.

           Leżał na łóżku tuż obok niej. Jej głowa wtulała się w jego klatkę piersiową, a on lekko trzymał ją w ramionach, starając się nie robić tego zbyt mocno. Nie chciał zrobić jej krzywdy. Nie chciał wywołać u niej kolejnej fali nieznośnego bólu.
           Bał się zasnąć. Bał się zamknąć oczy. Bał się, że gdy to zrobi, to może ją stracić. Dlatego co i rusz kontrolował jej oddech, upewniając się, że jeszcze oddycha. Wiedział, że jest to irracjonalne z jego strony, ale po tym co stało się z Vivien, cholernie bał się, że to samo może spotkać Felicity. W końcu przecież jej przyjaciółka została skatowana na śmierć. Nie znał szczegółów jej obrażeń, więc może dlatego tak bardzo przerażał go stan Fel.
            Po jakimś czasie, gdy na dworze powoli robiło się jasno, przegrał walkę ze snem. Zmęczenie wygrało, wciągając go w ciemność i pustkę. Przynajmniej nie miał żadnego koszmaru.  




***
W tym rozdziale mamy mały "odpał" w wykonaniu Fel, która sama sobie nagrabiła. 
Mimo wszystko mam nadzieję, że ta część się wam podobała :)

W ogóle przerzucając notatki do tego opowiadania, zauważyłam dopiero, że zbliżamy się do końca tej historii. Do mety zostały nam cztery rozdziały i prolog. Nie prolog, a epilog - dzięki Kami za wychwycenie tego :D  

Dziękuję wam za komentarze. Uwielbiam je! - Wiem, że chcecie happy end, ale nadal się waham, jak to zakończyć. Mam jednak nadzieję, że to jak się skończy ta historia - czy szczęśliwie czy nie - to, że i tak przypadnie wam do gustu :) Na to liczę :) 
Możecie być pewni, że jeszcze ktoś zginie - ale czy z tych dobrych czy nie - tego nie powiem :D Uwaga tekst rodem z horrorów - śmierć zawita ponownie, by zebrać żniwo. 

:D

A teraz, by nie przedłużać - kolejny oczywiście w następny piątek!

Pozdrawiam!

4 komentarze:

  1. Genialny rozdział ♥
    Ej Felicity... Mam nadzieję, że na prawdę nie będziesz się już stawiać Deborah ( która jest okropną suką ) i nic ci się nie stanie. Ta kara była... drastyczna. Ale w końcu wymyślona przez Deborah. Mam nadzieję, że Fel szybko się z tego jakoś wyliże.
    Happy end musi być! Proooszę *.* Cokolwiek zdecydujesz będzie dobrze, no, ale no.
    Czekam na następny rozdział
    Pozdrawiam ^^
    P.S. Jak to tylko jeszcze 4 rozdziały? Nie będzie 2 sezonu? CO?

    OdpowiedzUsuń
  2. "Do mety zostały nam cztery rozdziały i prolog." Kochana, epilog, a nie prolog :P

    Vivien nie żyje, Felicity dostała porządnie po dupie, została jeszcze Alice, bo Parker ma wszystko gdzieś. Nie wiem, czy zamierzasz ją wprowadzić w plan ucieczki, czy też nie, ale to już się okaże w przyszłości. Już się nam zbliżasz do końca? Szkoda, gdyż bardzo zżyłam się z tą historią, ale jak sobie pomyślę, że masz w zamian coś nowego ^^

    Wczoraj, kiedy w Paryżu wybuchł ten cały zamach, siedziałam aż do 2 rano, oglądając informacje. Słuchałam wszystkiego, gdyż mieszkam w pobliżu stolicy, więc wolałam być na bieżąco, szczególnie po tym, jak Facebook wyskoczył mi z komunikatem, bym zameldowała się, czy jestem w zagrożonym obszarze i czy jestem bezpieczna. To wydarzenie, plus to konkretne opowiadanie, spowodowało, iż miałam niesamowite koszmary. Dzięki, Roxy.

    OdpowiedzUsuń
  3. Jezu Fel - błagam nie rób tego nigdy więcej! Ja wiem, że strata Vivien jest ciężka, ale wyluzuj i nie pakuj się w kłopoty, bo Deb jest za bardzo szurnięta. Szkoda mi jej było, tak samo, jak Luka, który tak słodko i cholernie się o nią martwił. Ale pomógł jej i się nią zajął - uwielbiam cię blond łosiu :)
    Mam nadzieję, że nie planujesz uśmiercać nikogo z tych dobrych bo... No weeeź nie rób tego!
    Jak to niedługo koniec?! Jak to koniec?! A druga część będzie?!
    Czekam na ciąg dalszy.
    Pozdrawiam Milena

    OdpowiedzUsuń