piątek, 30 października 2015

27 "Jestem tu... Zawsze przy tobie będę"

Felicity

           Drgnęła. Nie była pewna, czy dźwięk, który słyszała pojawił się tylko w jej śnie czy faktycznie ktoś dobija się do drzwi. Poczuła jednak, jak Luke raptownie odrywa się od niej i siada na łóżku. Otworzyła oczy. W pokoju panowała ciemność. Pukanie rozległo się po raz kolejny. I nie było to pukanie na znany im kod.
          Blondyn potrząsnął jej ramieniem, szepcząc cicho pod nosem. Felicity wyskoczyła z łóżka, jak oparzona. Jej wzrok momentalnie przyzwyczaił się do ciemności. Być może był to skutek nagłego stresu. Łupanie rozległo się znowu, a oni popatrzeli na siebie przerażeni.
           Porozumieli się na migi, by nikt nie usłyszał ich słów, choć byłoby to prawie nie możliwe. Oboje doskoczyli do piankowego materaca. Hemmings wsunął się pod koc, a Fel szybko zapięła mu łańcuchy, przytwierdzając koniec do wystającego ze ściany kółka. Pocałowała go przelotnie w usta, jakby to miało go zapewnić o tym, że wszystko będzie dobrze. Musiało być.
            Podeszła do drzwi. Ktoś zapukał głośno po raz kolejny. Odsunęła zasuwę, a potem otworzyła je. Spojrzała na kompletnie ubranego Stevena. Mężczyzna zmierzył ją wzrokiem, zatrzymując dłużej oczy na jej odsłoniętych nogach.
- Czego?! Wiesz kurwa, która jest godzina?! – warknęła, siląc się, by w jej głosie nie było słychać paniki.
- Obudziłem?
- Mów czego chcesz, a potem spierdalaj. Nienawidzę, jak ktoś mnie budzi w środku pieprzonej nocy!
- Wyluzuj, kwiatuszku – rzucił Steven. – Macie zaraz wstawić się w gabinecie Erica.
- Nie podlegamy pod Erica.
- Deborah was mu użyczyła.
- Pięknie. Dzięki za informację – odparła, a potem niewiele myśląc, zatrzasnęła mu drzwi przed nosem. Zasunęła zasuwę. Zapaliła światło.
- O co może chodzić? – wyszeptał Luke.
- Nie mam pojęcia. Jednak zagwarantowali nam pobudkę w środku nocy, czyli to nie wróży niczego dobrego – powiedziała, lekko się krzywiąc.
            Podeszła szybko do szafy, a następnie zaczęła wciągać na siebie pierwsze lepsze rzeczy. Czuła, jak blondyn nie spuszcza z niej swoich błękitnych oczu. Była niewyspana i najchętniej wróciłaby do krainy snów. Nie miała ochoty na żadne nocne spotkania. Szczególnie w gabinecie Erica.


Alice

            Wyszła z pokoju. W myślach klęła pod nosem. Nienawidziła nocnych akcji. Szczególnie, że wyrwana ze snu, potrzebowała więcej czasu na dojście do siebie. Z pozostałych pokoi wynurzyły się pozostałe Wilczyce i ze zmęczonymi twarzami, ruszyły schodami na górę, by stawić się na nagłe umówione spotkanie z Olsenem.
            Parker pchnęła drewniane drzwi, pomijając pukanie. Weszły do środka, a twarze zgromadzonych pozostałych członków gangu, zwróciły się na nie. Eric wskazał im cztery wolne miejsca. Alice zauważyła, że mężczyzna był kompletnie ubrany, jakby w ogóle dzisiaj darował sobie sen. Niektórzy wyglądali podobnie do niego. Inni, tak jak i one, zostali obudzeni. Na wszystkich jednak twarzach mieszało się rozdrażnienie i złość. Dziewczyna domyśliła się, że nie usłyszy niczego dobrego.
- Zebrałem najlepszych z was. Poprowadzicie swoje grupy. Wilczyce idą ze mną. Podzielą się na dwie drużyny i wtargną do środka z resztą szczurów. Rozpracujemy ich od wewnątrz.
- Możesz najpierw nakreślić nam sytuację? – odezwała się blada Felicity. – Jakbyś nie zauważył, dopiero co przyszłyśmy i nie mamy cholernego pojęcia, skąd to nagłe wezwanie.
            Eric zmrużył na nią swoje brązowe oczy. Następnie złapał za tablet leżący na biurku. Podszedł do niej i wcisnął jej mocno w ręce tak, że dziewczyna, aż wcisnęła się w oparcie krzesła. Bez słowa wrócił na swoje miejsce, kiwając jej głową, by odblokowała urządzenie. Zrobiła to od razu.
            Pozostałe Wilczyce przycisnęły się do niej, aby zobaczyć nagranie. Gdy tylko Felicity je puściła, Alice od razu zorientowała się, z czym mają do czynienia. Z krótkiego filmiku dowiedziała się, że kilka osób – dość ważnych członków gangu, którzy byli blisko Erica – zostało zgarniętych. Teraz byli przetrzymywani w starym magazynie na obrzeżach miasta. Rozpoznała twarze przeciwników. Znała ich. Konkurencyjny, mniejszy gang, ale dość spryty, by wpieprzać się w niektóre sprawy. Głównie w handel żywym towarem. Zarówno Olsenowie, jak i Richard zawsze chcieli się pozbyć Gabriela i jego ludzi. Teraz Gabriel postanowił zagrać z nimi w grę. Porwanie i przejęcie. Z pewnością czekają na to, aż Eric ruszy do tej małej bitwy, jaka ma się rozegrać.
- To pułapka – odezwała się Parker. – Chcą byśmy tam przyszli.
- Musimy tam iść. Te kurwy są zdolne do wszystkiego. Nie chcę stracić moich ludzi – pociągnął Eric. – Wiesz, co mi przysłali razem z tabletem? Palec. Obcięli jednemu z nich palec.
- To wyzwanie- odezwał się Mark. – Rozpieprzymy ich. Jest nas więcej. Jesteśmy sprytniejsi. To dla nas bułka z masłem. Zrobimy im rozpierduchę na ich terenie.
- Zbierajcie się. Za godzinę widzę was na dole. Będziemy ich obserwować przez cały dzień. Jak tylko zapadnie zmrok, uderzymy. Wyciągniemy naszą rodzinę- powiedział, prawie przez zaciśnięte usta. – Zejdźcie po broń. Weźcie wszystko, czego będziecie potrzebować. Szczegółowy plan przedstawię wam w garażu.


Felicity

            Weszła do pokoju, kładąc wybraną broń na łóżku. Zerknęła w bok. Luke siedział pod ścianą. Nie spał. Nawet na moment nie spuścił z niej wzroku. Zauważyła, jak zadrżał. Nie dziwiła się, czemu reagował nerwowo. Fel przytargała ze sobą niezły arsenał, jakby wybierała się na prawdziwą wielką wojnę.
- Co się dzieje? – zapytał, kiedy podeszła od niego.
- Musimy odbić naszych z rąk drugiego gangu.
- Co?
- Złapali ich i teraz ich przetrzymują. Wiemy, że to prowokacja, ale nie z takimi zadaniami sobie radziliśmy – powiedziała szybko, odpinając go z łańcuchów. – Skorzystaj z łazienki jeśli chcesz. Zaraz przyniosę ci jedzenie. Oszczędzaj, bo nie będzie mnie przez cały dzień. Mogę wrócić jutro nad ranem.
- Tak długo?
- Niestety. Używaj wsuwki, jak będziesz musiał do toalety. – Spojrzała w jego błękitne oczy. – I nie denerwuj się. Spróbuj się przespać.
- Łatwo ci mówić – odparł, rozcierając nadgarstki, gdy Fel uwolniła go z więzów.
- Masz o tym nie myśleć.
- Jeśli chcesz mi powiedzieć, że mam się nie martwić, to lepiej sobie to odpuść – mruknął, odwracając głowę na bok. Fel wzięła głęboki oddech. – I tak będę.
- Luke, nie mogę powiedzieć Ericowi nie.
- Wiem. – Znów na nią spojrzał, a ona przez moment zatopiła się w jego jasnych oczach. – Będzie dobrze, tak?
- Musi być – wyszeptała, dotykając jego policzka.
            Zanim zdążyła się zorientować, blondyn ujął jej twarz w dłonie, a potem obdarzył ciepłym i kojącym pocałunkiem. Poczuła szybsze bicie serca. Jej palce lekko zacisnęły się na jego białej koszulce. Pałała się tą krótką chwilą, czerpiąc od niego potrzebną energię. Naprawdę miała nadzieję, że nic złego się nie wydarzy.
- Uważaj na siebie – poprosił, a jego usta dalej znajdowały się tuż przy jej wargach. Czuła jego gorący oddech na swojej skórze. Nie chciała się od niego odrywać, a tkwić dalej w tym ich małym świecie, w którym nie ma zła i przemocy.
- Będę – odparła, a potem niechętnie odsunęła się od niego. – Muszę się zbierać.
            Wstała i podeszła do szafy. Musiała się przebrać i sprawdzić przyniesioną broń. Musiała się zorganizować. Nie mogła niczego pominąć. Jeden niewłaściwy ruch mógł ich drogo kosztować. Felicity miała gdzieś pozostałych członków gangu. Ważne dla niej były jej przyjaciółki i Parker. Choć z nią nie miały, aż tak bliskich kontaktów, to jednak była jedną z nich. Nie chciała, więc by i jej coś się stało.


Alice

            Stukot ich ciężkich butów, odbijał się echem od pustych i ciemnych korytarzy. Czuła, jak broń ciąży jej na ramieniu. Czarny karabin samopowtarzalny, odbijał się lekko od jej ciała, gdy stawiała kolejne kroki. Do pasa przypięła dwa colty, a także zapas naboi do wszystkich broni. Tuż przy bucie znajdował się srebrny nóż w sakwie, jakby broń palna zawiodła.
           Tuż obok niej szła Felicity, z bardzo podobnym arsenałem. Parker podążała przodem, trzymając w rękach mniejszą broń – uzi z tłumikiem. Widziała też przy jej pasie dwa większe noże. Dziewczyna od zawsze była dobra w posługiwaniu się bronią białą i gdy tylko mogła, to wybierała taką formę walki. Za nimi ciągnęła się otępiała Vivien, z dwoma lżejszymi pistoletami.
            Zeszły na sam dół, wchodząc do jasnego i obszernego garażu. Pozostała część gangu już tam była. Eric szybko przywołał je ręką, by stanęły w ich grupie. Zapadła cisza.
           Mężczyzna odchrząknął, a potem rozwinął mapę Newcastle. Wszystkie oczy skupiły się na czerwonym, wyraźnie zaznaczonym punkcie, który był ich celem. Musieli przejechać na drugi koniec miasta, by się do niego dostać.
- Podzielimy się na grupy. Mark, ty i twoi ludzie bierzecie zachodnią część magazynu. Peter – macie północ. Troy – suniesz ze sowimi na południe, Doug i ja jesteśmy od wschodu. Każda strona magazynu ma być pod ciągłą obserwacją. Wilczyce dołączą na razie do mnie. Potem, gdy się ściemni, poprowadzicie szczury do celu, aby zrobić ładne pierdolniecie w ich szeregach od środka. Vivien liczę na twój spryt i rozpracowanie magazynu. – Dziewczyna pokiwała głową. – Ty i Jackson macie na to sześć godzin. Gdy już wejdziecie do środka, dacie nam znać. My zaatakujemy od zewnątrz.
- Jak się dzielimy? – zapytała Alice.
- Ty i Fel prowadzicie jedną grupę. Parker i Vivien drugą. A teraz do samochodów i jazda. Nie mamy całego pieprzonego dnia!


Parker

            Mijała godzina za godziną, a oni tkwili w jednym punkcie, czekając na zapadnięcie zmroku. Vivien i Jackson rozpracowali w końcu magazyn, dając im szczegółowe instrukcje, w którym miejscu uderzyć, gdzie się spotkać i którędy wejść. Eric, co chwilę chodził wokoło nich, zagrzewając ich do walki, jakby był trenerem drużyny piłkarskiej, a nie głową jednego z większych gangów w Newcastle.
           Spojrzała na swoją koleżankę. Vivien od kilku dni prezentowała się koszmarnie. Blada twarz, smutny wyraz i cienie pod oczami, były stałymi elementami, które można było podziwiać. Wyglądała, jakby straciła wszystko, co miała. Jakby nic jej nie zostało. Choć Parker nie była z nią zbyt blisko, to jednak razem przeżyły nie jedno. To pozwoliło zawiązać między nimi nić sympatii. Dlatego najnormalniej w świecie się o nią martwiła. Wiedziała, że to sprawka Deborah i tego, co się stało w sali. Tego, w jaki sposób ją poniżyła i złamała na oczach pozostałych Wilczyc i chłopaków z 5 Seconds of Summer. Nie rozumiała, dlaczego najstarsza z nich tak brutalnie postępuje w stosunku do swoich ludzi. Przecież Viv nie zrobiła tak naprawdę nic złego. Chyba, że wydarzyło się coś, o czym Parker nie miała pojęcia. Coś co zaszło między nią, a Irwinem, a Deborah się o tym dowiedziała. Czy możliwe jest to, że Vivien w jakiś sposób poczuła coś do osoby przetrzymywanej?
- Dobra szczury – rozległ się głos Erica – zajmować pozycje. Zaraz wkraczamy do akcji.
            Parker podniosła się z ziemi, zabierając ze sobą broń. Ustawiła się obok Vivien, która wciąż wpatrywała się w czubki swoich ciężkich czarnych butów. Pod drugiej stronie, w kolejnej grupie do zadania szykowały się pozostałe Wilczyce. Wyłapała, jak Fel zerka nieco zdenerwowana w ich stronę. Dziewczyna wiedziała, że ona i Alice też martwią się o Viv.
- Nie oszczędzać nikogo – instruował ich dalej Olsen. – Nie bawić się z nimi. Mają, czego chcieli! Oni będą tak samo nastawieni do nas! Macie ich tam wszystkich wytłuc!
           Wszyscy pokiwali głowami. Dwie pierwsze grupy, w które w skład wchodziły Wilczyce, ruszyły w stronę magazynu. Rozdzielili się na boki, by dotrzeć do dwóch wejść, które znajdowały się po przeciwległych stronach. Z pozostałymi mieli się spotkać w największej hali.              Spojrzała na Felicity po raz ostatni, a dziewczyna kiwnęła jej głową, by zaraz ruszyć za Alice. Po chwili ich grupa zniknęła jej z oczu.
- Ruszać się – syknął Kevin, machając na nich ręką. Vivien przykucnęła przy drzwiach. Po majstrowała w zamku. Po chwili metalowe, stare drzwi stanęły dla nich otworem. Parker weszła do środka jako pierwsza. Zabawę czas zacząć!


Alice

            Niemalże od razu rozpętało się piekło. Jak tylko wbiegli w ustawionym szyku do pierwszego korytarza, czekała na nich powitalna część gangu Gabriela. Huknęły pierwsze strzały. Wszyscy się rozproszyli, aby uchronić się przed lecącymi w ich stronę pociskami. Co jakiś czas słychać było krzyki innych, a także strzały serwowane zarówno z karabinów, strzelb i mniejszych broni. Nikt nie oszczędzał amunicji. Każdy chciał wykończyć tą drugą drużynę.
            Jeden ze szczurów zakomunikował Ericowi, jak ma się sytuacja. Olsen postanowił nie czekać, aż dotrą do hali. Rozkazał pozostałym grupom, aby i one włączyły się do walki, która rozgrywała się w budynku.
           Alice i Felicity przedarły się na przód, eliminując trzech z siedmiu osób, które blokowały im kolejne drzwi. Wśród strzałów, rozlegały się krzyki poszkodowanych w tym starciu osób, które trafione od kul, albo umierały na miejscu albo powoli wykrwawiały się, brudząc czerwoną posoką zakurzoną podłogę. Nie było chwili na zastanawianie się. Wszyscy niemalże działali, jak automaty. Dotrzeć, jak najdalej. Odbić swoich. Zlikwidować wroga.
           Powoli gang Olsena przesuwał się na przód. Grad pocisków śmigał we wszystkie strony, rozwalając wszystko to, co stało na ich drodze. Stare meble, pudła i szafki rozwalały się pod ciężarem ciał, tych żywych i tych zmarłych, gdy dochodziło do walki wręcz. W środku było tak głośno, jakby ktoś podkręcił głośność na full i nie miał zamiaru tego ściszać.
            W założeniu, ich przedarcie się do największej hali miało trwać o wiele krócej. W rzeczywistości trafiając na coraz liczniejszą blokadę w postaci ludzi Garbriela, zabrało im to znaczni we więcej czasu. 
            W końcu, gdy niemalże wszyscy pojawili się w umówionym miejscu, zobaczyli dwa trupy leżące na samym środku pomieszczenia. Eric podszedł do nich, klnąc pod nosem. Alice od razu rozpoznała twarze nieżywych. To byli ich ludzie. A raczej ludzie Olsena.
- Gdzieś w środku musi przebywać pozostała czwórka! – zagrzmiał, a potem zaklną pod nosem, gdy raz jeszcze jego brązowe oczy spoczęły na jego współpracownikach. – Znaleźć ich! Oni mogą jeszcze żyć! – Rozejrzał się po swoich ludziach. – Przegrupować się i sprawdzić pozostałą część magazynu! Zgłaszać każde komplikacje! Gdy tylko ich znajdziecie, dajcie znać! Wtedy zwijamy się, jasne?!
- Tak jest! – odpowiedzieli pozostali, a potem rozpierzchli się w różne strony, zostawiając Erica i jego obstawę za plecami.


Felicity

            Gdy tylko ona i Alice wbiegły do cichego korytarza, drzwi zamknęły się za nimi z hukiem. Zgasło światło. Odcięte od reszty, przywarły do siebie plecami. Wiedziały, że to pułapka. Czarnowłosa słyszała przyspieszony oddech swojej przyjaciółki. Nagle obie wstrzymały oddech, gdy doszedł do nich odgłos kroków. Byli blisko nich. Kręcili się po pomieszczeniu. Jedynym plusem w tej sytuacji było to, że i oni nic nie widzieli.
            Felicity powoli położyła karabin na ziemi, starając się nie robić hałasu. Złapała za rękę Alice, odciągając ją kawałek dalej, by ich zmylić. Wiedzieli, że stały prawie, że na środku pomieszczenia. Przyjaciółka mocniej zacisnęła palce wokół jej dłoni, dając jej znak, że zaczęło się odliczanie. Fel sięgnęła po nóż. Poczuła, że i Alice schyla się po swój. Gdy obie doliczyły do dziesięciu, rzuciły się na oślep przed siebie, korzystając tylko ze swojego zmysłu słuchu. A mężczyźni nie zachowywali się nad wyraz cicho.
            Kopnęła jednego z nich, a potem wbiła mu nóż. Nie wiedziała gdzie trafiła, dlatego niemalże wyrwała go z jego ciała, słysząc, jak jej przeciwnik krztusi się krwią. Dla pewności poprawiła cios, a on zawył pod nosem. 
           Coś nagle powaliło ją na ziemię. Mocne uderzenie z pięści spotkało się z jej twarzą, rozcinając łuk brwiowy. Ciepła ciecz zalała jej oko i policzek.
- Kobieta! – warknął nieznajomy, przybliżając się od niej. Poczuła nieświeży oddech, gdy jego usta znalazły się tuż przy niej. – Maleńka istota, a taka bojowa!
- Pierdol się! – wysyczała.
           Jej palce mocniej zacisnęły się na rączce noża. Uderzyła go rękojeścią w głowę, zwalając z siebie ciężkie cielsko oprawcy. Odsunęła się od niego, wydobywając z paska pistolet. Nie była pewna, gdzie była Alice. Ostatnią rzeczą jaką chciała to, to by jej przyjaciółka dostała rykoszetem.
- Alice! – krzyknęła.
- Jestem! – odpowiedziała, gdzieś za jej plecami.
- Pięknie. No, chodź mały skurwysynie! – warknęła, poprawiając broń.
           Wiedząc, że Alice jest po drugiej stronie, mogła śmiało nacisnąć spust, nie obawiając się tego, że ją trafi. Dlatego bez problemu zaczęła ciskać nabojami w stronę dźwięków, które były tuż przed nią. Z początku jej strzały nie natrafiły na nic, oprócz ściany. Jednak po chwili rozległ się krzyk mężczyzny, który ją zaatakował. Fel ponownie otworzyła ogień, wbijając w jego ciało jeszcze więcej naboi.
           W końcu wszystko wokół nich ucichło. Przez chwilę Fel nie ruszała się z miejsca, dokładnie wsłuchując się w otoczenie. Musiała mieć pewność, że nikogo tu nie ma. Gdzieś za plecami wyłapała kroki. Ciężkie buty dudniły w podłogę. Rozpoznała je od razu. Alice.
           Błysnęło światło, gdy jej przyjaciółka dotarła do przełącznika. Felicity rozejrzała się po brudnym pomieszczeniu. Czterech mężczyzn leżało na ziemi wśród kałuży krwi. Alice podbiegła do niej, podając jej rękę.
- W porządku? – zapytała, wskazując na jej twarz.
- To? – Pokiwała głową.- Nic mi nie będzie – odparła, odgarniając z oczu spływającą krew.
- Ładnie ich rozłożyłyśmy – pociągnęła zadowolona Alice. – I to po ciemku. Jesteśmy wyjebiste w kosmos!
- Ten jeszcze żyje – powiedziała Fel, pochodząc do czarnoskórego mężczyzny. Drżał na całym ciele, starając się wyczołgać z pomieszczenia. Z pewnością był zamroczony przez to, co się stało, bo pełzł w stronę ściany, a nie drzwi. – Dokąd to?!
            Wilczyca złapała go za koszulę, z taką siłą, że ranny zakrztusił się własną śliną. Kopniakiem odwróciła go na plecy. Mężczyzna wytrzeszczył na nią oczy. Przystawiła buta do jego szyi, przyciskając go bardziej podeszwą.
- Wy – wyszeptał, a stróżka śliny wypłynęła z jego ust. – Wilczyce…
- Gdzie reszta naszych?
- Nie powiem.
- Mów! – warknęła pod nosem, znów dusząc go butem.
- Nie ma... kurwa... mowy.
- Chciałam być miła, ale sam tego chciałeś – rzuciła, wzruszając ramionami. 
           Wyciągnęła colta przez siebie, a potem pociągnęła za spust. Rozległ się huk. Mężczyzna znieruchomiał. W jego czole pojawił się otwór po kuli. Czerwona ciecz wypłynęła z rany, spływając na podłogę.
- I tak by nic nie powiedział – stwierdziła Alice, podchodząc do niej.
- Nawet tego nie oczekiwałam.
- Idźmy dalej.


Parker

            Nie wiedziała, jak to się stało, ale ludzie Gabriela byli tak dobrze rozmieszczeni, że jej grupa szybko została rozdzielona. W sumie Parker miała gdzieś resztę. W tym momencie najważniejszym dla niej zadaniem było odszukanie Vivien. Była ona najsłabsza wśród Wilczyc, nawet przed tym, co zrobiła z nią Deborah. Teraz jednak, gdy jej pewność siebie została jeszcze bardziej zgnojona, Parker denerwowała się i martwiła o nią podwójnie.
           Brnęła na przód licząc na to, że za kolejnym zakrętem, że w kolejnym pomieszczeniu odnajdzie dziewczynę. Rozglądała się wśród pozostałych walczących, próbując wyłapać ją wzrokiem. Szukała jej nawet na podłodze, mając nadzieję na to, że nie ujrzy tam jej ciała.
           Nagle jednak usłyszała komunikat, wypływający przez krótkofalówkę, którą trzymał Mark. Eric zakomunikował im odnalezienie pozostałych osób z ich gangu, którzy żyli. Albo byli ledwo żywi. Sama nie wiedziała, bo część wiadomości została zagłuszona przez kolejne strzały. To jednak oznaczało jedno. Odwrót i powrót do Gniazda. Teraz tym bardziej musiała znaleźć Vivien.
           Strzeliła z pistoletu do dwóch nacierających na nią ludzi Gabriela, których imion nawet nie znała. Mogła się założyć, że byli po prostu pionkami w jego grze, których on skazał na szybką śmierć. Byli słabi, to widziała od razu. Nawet nie próbowali uciec, gdy wyciągnęła broń i po prostu oddała w ich stronę serię krótkich strzałów, torując sobie tym drogę. Ich ciała opadły z łoskotem na podłogę, a ona ruszyła przed siebie.
- Vivien do cholery, gdzie jesteś – pomyślała, przedzierając się przez kolejny korytarz, który zawierał w sobie, tylko krew i trupy.
          W pewnym momencie znieruchomiała, zupełnie zszokowana tym, co zobaczyła. Poczuła, jak zadrżały jej dłonie. To nie mogła być prawda. To nie mogło tak się skończyć. Może i Vivien była słaba, może i nie nadawała się do takiej walki. Jednak nie była tak słabym ogniwem, by nie poradzić sobie z jednym przeciwnikiem.
          Teraz patrzyła, jak zakrwawiona dziewczyna otrzymuje kolejne ciosy od napakowanego mężczyzny, który praktycznie robił z nią, co chciał. Nawet nie próbowała się postawić. Zniknęła jej broń, a ona poddawała się temu, co z nią robił. Nie tylko pięści szły w ruch, bo przeciwnik wyposażony był także w długi nóż, który pokrywał się krwią jej koleżanki. A ona… Ona, tylko klękała i pozwalała mu na to, by ją wykończył.
- Nie! – warknęła Parker, jednocześnie zdradzając swoją pozycję.
          Mężczyzna spojrzał na nią, a potem uderzył Vivien po raz kolejny. Dziewczyna osunęła się na ziemię. Jego zielone zimne oczy spojrzały wprost na nią. Parker krzyknęła, czując, jak roznosi ją złość. Była wkurwiona. Na niego i na Vivien, że nie chciała się bronić. 
          Niewiele myśląc wyciągnęła pistolet, gdy człowiek Gabriela ruszył szybko w jej stronę. Wystarczył jeden strzał, by mężczyzna się zatrzymał. Trafiła go prosto w oko, a krew wraz z drobinkami mózgu rozbryzgała się na boki. Padł na podłogę, twarzą do niej.
          Parker podbiegłą do Vivien, upuszczając przy jej ciele pistolet. Rzuciła się w jej stronę, jak matka, widząc poważny stan swojego dziecka. Gdzieś w środku czuła, jak wszystko w niej krzyczy. Jak każdy miesień ściska się, powodując ból.
- Viv… Viv – wyszeptała, odgarniając z twarzy Wilczycy ubrudzone krwią brązowe kosmyki włosów. Vivien zakrztusiła się krwią, łapiąc ją za nadgarstek. – Wytrzymaj. Zaraz wracamy do Gniazda, tam cię poskładają. Musisz, tylko jeszcze trochę wytrzymać…
- Prze… Przepraszam – wydusiła z siebie Viv.
- Nic nie mów. Nie trać sił na tłumaczenia. Zaraz cię stąd zabiorę.


Felicity

           Ich grupa wypadła z budynku jako ostatnia. Zmęczone, brudne i spocone, dotarły do samochodów. Peter odwrócił się w ich stronę. Zmierzył je wzrokiem, a potem lekko zacisnął usta. Fel przyjrzała się mu uważniej, ale nic nie mogła wyczytać z jego twarzy.
- Wsiadajcie. Większość grup jest w drodze do domu – powiedział, wskazując im czarny samochód. – Pospieszcie się! Eric kazał nam się stąd zmyć, jak najszybciej. – Dziewczyny niewiele myśląc, wsiadły do auta.

          Weszła do Gniazda mając nadzieję na to, że zaraz będzie mogła wziąć porządny prysznic, coś przekąsić i iść spać. Marzyła o odpoczynku. Ta akcja, a szczególnie jej końcówka, ostro dała jej się we znaki. Rozwalony łuk brwiowy pulsował lekkim bólem, ale przynajmniej przestała krwawić.
          Ona i Alice już chciały skierować się w stronę schodów, kiedy na korytarzu pojawił się Eric. Gdzieś w oddali usłyszała rozwścieczony głos Deborah. Czyżby ta dwójka znów się pokłóciła? Mężczyzna machnął na nie ręką, a one niezadowolone, że znów czegoś od nich chce, podeszły do niego.
- Chodźcie za mną – powiedział poważnym tonem.
- Nie może to poczekać? – rzuciła Fel, przekręcając oczami.
- Uwierz mi, że nie może.
          Bez słowa ruszyły za nim. Eric wszedł do sali, a potem poprowadził ich w stronę drzwi, które prowadziły do piwnicy. Zeszły na dół, odbijając w bok i mijając pomieszczenia, w którym Olsenowie torturowali swoich przeciwników. Dopiero po chwili Fel zorientowała się, że są prowadzone w tą stronę budynku, która należała do Medyków. Tam też mieściło się pomieszczenie dla nich, w których to nie raz byli łatani członkowie gangu. Medycy skutecznie obębniali zadanie lekarzy, zszywając ich czy wyciągając pociski.
          Fel zerknęła na Alice. Zobaczyła, jak jej przyjaciółka pobladła. Zaczęła się zastanawiać, czemu prowadzone są akurat tu. Czy podczas ich nieobecności stało się coś chłopakom? Czy może to któraś z pozostałych Wilczyc oberwała?
          Gdy Eric zatrzymał się przy pół otwartych drzwiach, Fel dostrzegła stojącą Parker. Dziewczyna podniosła głowę. Wszystkie mięśnie w jej ciele spięły się. Parker płakała. Jej brązowe oczy, co chwilę wypuszczały z siebie słone łzy.
- Przykro mi – powiedział Eric, odsuwając się od nich. Kiedy to powiedział, z pomieszczenia wyłoniła się Deborah. Spojrzała na nie, a potem zerknęła na kuzyna.
- To wszystko twoja pieprzona wina! Obiecałeś, że nic im się nie stanie! – wydarła się. Mężczyzna niewiele myśląc złapał ją za rękę i odciągnął na bok. Felicity znów skupiła się na Parker.
- Co się stało? – wydusiła Alice. Jej głos drżał.
- Vivien… Ona… Ona się nawet nie broniła – powiedziała cicho Parker, ocierając mokre policzki.- Ona, jakby tego chciała.
- Co?! – rzuciła Fel, podchodząc do niej. – Nie… Nie, nie, nie… Co ty pieprzysz?!
- Widziałam to – ciągnęła dalej. Pokręciła głową. – Była, tylko ona i on. A on robił z nią, co chciał, jakby ona w ogóle straciła wolę walki. Jakby straciła wolę… życia.
           Jej oddech przyspieszył na tyle, że poczuła ból w klatce piersiowej. Miała wrażenie, że zaraz się udusi. Niewiele myśląc doskoczyła do drzwi. Gwałtownie otworzyła je tak, że uderzyły w ścianę. Zamarła, a oczy zaszły jej łzami, widząc obraz przed sobą.
          Vivien leżała nieruchomo na metalowym blacie, który służył do pracy Medykom. Jej skóra i ubranie pokryte były krwią i skrzepami. Widziała rozcięte usta, złamany nos i wiele ran kłutych, które porozrywały jej bluzę. Jej dłonie były sine, tak samo jak wargi. Oczy miała zamknięte, ale nie wyglądała, jakby spała. Była zmasakrowana od góry do dołu.
          Głośny szloch wydarł się z jej gardła, gdy rzuciła się w stronę przyjaciółki. Słyszała wrzask Alice i to spowodowało, że jej serce ścisnęło się jeszcze mocniej. Obie od razu znalazły się przy ciele Vivien. Czuła wewnętrzny palący ból, który wiązał się ze stratą jednej z najważniejszych osób w jej życiu. Nie dopuszczała do siebie myśli, że jej przyjaciółka nie żyje. Miała wrażenie, że od tego widoku rozsypie się na miliony małych kawałków i nie będzie w stanie pozbierać się na nowo.
           Felicity dotknęła jej zimnej twarzy. Obraz powoli zaczął się zamazywać, gdy słone łzy spływały po policzkach, mocząc jej ubranie. Odgarnęła z jej czoła posklejane od krwi kosmyki brązowych włosów, a potem wtuliła się w jej ciało, nie mogąc uwierzyć w to, co się stało. Tylko nie to… Tylko nie Vivien. Zacisnęła mocniej usta, ale nie powstrzymała krzyku, który rozniósł się po pomieszczeniu. Dlaczego je zostawiła…
- Boże … - jęknęła Alice. Fel spojrzała na nią, kiedy dziewczyna odwróciła jej przedramię. – Zobacz to… Ona dalej to robiła. – Stare i nowe blizny po cięciach szpeciły jej ciało. A obiecała, że już więcej tego nie zrobi. Że już więcej nie będzie się okaleczać. Jak mogły tego nie zauważyć.
          Felicity wytarła twarz, choć łzy nadal spływały jej po brudnych policzkach. Nachyliła się, odczepiając Vivien łańcuszek. Ich łańcuszek, które nosiły na znak swojej przyjaźni. Srebrna zawieszka w kształcie księżyca z białym oczkiem, spoczęła w jej kieszeni. Takim sposobem, chciała zatrzymać przyjaciółkę na zawsze przy sobie.


Alice

            Dotarła do pokoju, pokonując cały ten dystans, jak zombie. Zupełnie wyrwana z rzeczywistości. Przeniesiona do ośrodka, w którym panował ból. Ból psychiczny połączony z pustką. Pustką po stracie Vivien.
           Otworzyła drzwi. Weszła do środka i zamknęła za sobą zasuwę. Usłyszała, jak Calum zrywa się z miejsca. Nie próbowała już walczyć ze łzami. To niemiało sensu, bo one i tak łatwo znajdowałyby ujście. Zresztą miała to gdzieś.
- Alice? Co jest? Co się stało? – wydusił z siebie Hood, gdy podeszła do niego, aby go rozkuć. Jak tylko zadał jej te pytania, Alice wybuchła płaczem. – Jezu… Powiedz mi co się stało?
           Nie była w stanie go rozkuć, więc wcisnęła mu kluczyk w ręce, a potem zerwała się na równe nogi, odchodząc od niego, jak najdalej. Dotarła do biurka, czując napływającą frustrację, która dalej mieszała się z bólem. Niewiele myśląc zrzuciła z biurka papiery i dokumenty, strącając przy tym kubek po kawie, który roztrzaskał się na małe kawałeczki. Kolejny szloch wydobył się z jej ust. Nie wiedziała, co ze sobą zrobić.
           Nagle jednak poczuła jego ramiona wokół siebie. Oddała się temu całkowicie. Była brudna i pokryta krwią, ale i tak wtuliła się w niego, jakby to mogło złagodzić te wszystkie negatywne emocje. Osunęła się, a Calum uniemożliwił jej upadek. Zacisnęła dłonie na jego koszulce.
- Co się stało?
- Vivien nie żyje – wydusiła z siebie.
           Gdy powiedziała to głośno, zabolało dwa razy mocniej. Kolejne łzy i ponowny szloch opuściły jej gardło. Ramiona Caluma zadrżały. On jednak wzmocnił uścisk, pozwalając jej płakać w jego białą koszulkę. Jego dłonie znalazły się na jej plecach, co jakiś czas przesuwając się po nich w uspokajającym geście. Co teraz z nimi będzie? Jak to będzie bez Vivien?


Michael

            Obudził go trzask drzwi. Przekręcił się na bok, czując, jak zdrętwiał mu kręgosłup. Powoli podniósł się do pozycji siedzącej. Zmrużył oczy, czekając, aż obraz zacznie musi się wyostrzać. Po chwili usłyszał ciche łkanie dochodzące z łóżka.
           Potarł twarz, spoglądając na siedzącą Parker. Dziewczyna wyglądała, jak siedem nieszczęść. Pierwszy raz widział ją w takim stanie. W totalnej rozsypce. Jej policzki lśniły od łez, a ciemne oczy były zaczerwienione. Widział, jak się trzęsła, próbując opanować przyspieszony oddech. Michael zacisnął mocniej zęby. Już wiedział, że stało się coś złego.
           Nagle Parker spojrzała w jego stronę. Wtarła twarz brudną bluzą, a potem podeszła do niego. Ściągnęła mu łańcuchy, dając mu możliwość skorzystania z łazienki. Musiał też opróżnić wiadro, którego używał pod jej nieobecność. Jednak on nie mógł się ruszyć z miejsca. W dalszym ciągu wpatrywał się w nią przerażony, nie będąc pewnym, czy chce wiedzieć, co się stało. Gdzieś w środku czuł, że być może dotyczy to jednej z dziewczyn. Parker nie przejęła by się tak nimi, jak swoimi koleżankami.
- Dlaczego płaczesz?- zapytał cicho. Dziewczyna podniosła głowę i znów spojrzała na niego.
- Vivien nie żyje – odpowiedziała szeptem, a potem kolejne łzy wypłynęły z jej oczu. 
            Michael zacisnął usta, czując, jak drży mu dolna warga. Nie tego się spodziewał. Nie sądził, że będzie, aż tak źle. Nawet nie zorientował się, kiedy jego oczy zaczęły wypuszczać pojedyncze stróżki słonych łez. W głowie pojawiło mu się tak wiele pytań. A jedno z nich mocno zagnieździło się w jego myślach. Co teraz stanie się z Ashem?


Luke

           Podniósł się, gdy usłyszał otwierające się drzwi. Nie spał. Przez ten cały czas, odkąd Fel wyszła nie spał. Zdobył się jedynie na krótkie drzemki, ale nie mógł liczyć na dłuższy sen. Powodem tego było to, że po prostu się o nią martwił. To uczucie, połączone ze zdenerwowaniem pojawiało się u niego za każdym razem, gdy Felicity musiała iść na jakąś kolejną akcję.
           Spojrzał na nią licząc na to, że znów zobaczy jej uśmiechniętą twarz. Jednak obraz ten był całkiem inny. Zauważył, jak dziewczyna drży na całym ciele. Zamknęła drzwi na zasuwę, a potem oparła się o nie. Zjechała po nich na dół. Pociągnęła nogi, a na nich oparła ramiona. Słyszał jej cichy płacz i przyspieszony oddech, gdy próbowała łapać powietrze, niczym topielec, który ze wszystkich sił stara się przetrwać.
- Felicity? Fel!
            Ze zdenerwowania zrobiło mu się zimno. Chciał wstać i znaleźć się przy niej, ale jak tylko tego spróbował, łańcuch od razu pociągnął go do poprzedniej pozycji. Zaklął pod nosem, ponawiając próbę zawołania jej, ale Fel nie odpowiedziała. Pod wpływem jego głosu, zaniosła się jeszcze głośniejszym szlochem, wciskając twarz w brudne rękawy bluzy. Była w całkowitej rozsypce i ten widok bolał. Bolał go od środka.
           Niewiele myśląc sięgnął pod materac. Wyciągnął wsuwkę i zaczął majstrować przy zamku pierwszej bransolety. Nie było to łatwe. Ręce trzęsły mu się ze zdenerwowania, a niewiedza o tym, co wydarzyło się w miejscu, w jakim była Fel, tylko potęgowało to uczucie. Co sprawiło, że dziewczyna tak się załamała? Wziął głęboki oddech odpinając drugą rękę. Warknął cicho pod nosem, kiedy niemalże upuścił wsuwkę. Ciche łkanie nie pomagało mu w skupieniu się. Chciał już przy niej być.
          W końcu druga bransoleta puściła, uwalniając jego lewy nadgarstek. Zerwał się z miejsca i doskoczył do czarnowłosej. Widział jej zakrwawione ubranie, a gdy podniosła głowę, zauważył rozcięty łuk brwiowy.
- Co się stało?
- Vivien… - Jej oddech przyspieszył jeszcze bardziej, a kolejne łzy zalały jej bladą twarz. – Ona… Ona nie żyje.
           Poczuł, jak jego całe ciało pokrywa gęsia skórka. Stróżka zimnego potu spłynęła mu po plecach. Zacisnął mocniej usta. Gdzieś w środku poczuł ukłucie bólu. Vivien była z tych dobrych, dlaczego więc musiała zginąć? Dlaczego ona?
- Fel…
- Zostaw mnie – rzuciła, odpychając go od siebie, gdy spróbował ją objąć. Jakby nawet najmniejszy jego dotyk miał wywołać więcej bólu. Chciała się podnieś, ale upadła na podłogę z powrotem, jakby nie miała już na to siły. Zaszlochała po raz kolejny, ukrywając twarz w dłoniach. – Zostawiła mnie…
- Nie jesteś sama – powiedział cicho, delikatnie dotykając jej włosów. 
           Pokręciła głową, przełykając łzy. Przejechał palcami po jej mokrych policzkach. Już chciała się od niego odsunąć, ale Luke złapał ją za przedramiona. Chciał mu się wyrwać, ale on wzmocnił uścisk, przyciskając ją do siebie. Kiedy tylko to zrobił, Fel przestała walczyć i poddała się temu, wylewając kolejne łzy w jego klatkę piersiową. Wtuliła się w niego bardziej, a on poczuł, jak cała drży.
- Jestem tu… Zawsze przy tobie będę – powiedział, a jej dłonie zacisnęły się mocniej wokół niego.
           Odgarnął z jej czoła czarne kosmyki włosów. Teraz, tkwiąc w jego ramionach, wydawała się mu być tak bardzo bezbronna. Płakała tak mocno, że Luke miał wrażenie, jakby jego serce miało się od tego widoku rozpaść na małe kawałki. Jakby sam zaraz miał stracić wszystkie siły. Ale nie mógł się temu poddać. Ona w tym momencie go potrzebowała. Potrzebowała tak bardzo, jak nigdy przedtem. Otarł z policzków pojedyncze łzy, których nie udało mi się powstrzymać. Musiał być silny – silny dla niej. 




***
Więcej dramatu, więcej smutku i łez, ale... tak miało być od samego początku. Teraz do ucieczki została ich, tylko szóstka. 
Do zakończenia opowiadania zostało jeszcze trochę rozdziałów, ale jestem ciekawa waszych przemyśleń - jak myślicie, jak to się wszystko skończy? Z chęcią przeczytam wasze przypuszczenia :)

Dziękuję wam za wszystkie odwiedziny i miłe komentarze, które zostawiacie mi pod rozdziałami! Skutecznie mnie motywujecie :)

Kolejny rozdział standardowo pojawi się w następny piątek!

Pozdrawiam!

6 komentarzy:

  1. Chyba jestem pierwsza ! Rozdział jest Mega ... Ąle czemu Viv ?! Kurde aż sie popłakałam czemu akurat ona ?!? A co do planu ucieczki , to coś mi sie wydaje że Parker im pomoże . Ehh postaraj się już nie uśmiercać tych dobrych oki ??
    Czekam na kolejny ! :* <3

    OdpowiedzUsuń
  2. Płaczę. Naprawdę, kurde, płaczę. Bardzo rzadko mi się to zdarza, ale cholera, Viv, moja ulubiona wilczyca...
    Zdziwiło mnie zamartwianie się Parker. Czyżby dziewczyna się troszeczkę nawracała? Może pomoże naszej szóstce z ich planem ucieczki? A może i nie, już sama nie wiem czego się spodziewać.
    Mój biedny Ashton, w jakim on będzie stanie to nawet sobie tego nie wyobrażam. Moje serce krwawi.
    Kto jak kto, ale Ty, droga Roxy, jesteś najlepsza, wszystkie Twoje opowiadania są kapitalne. Takie moje, skromne zdanie :D
    Życzę dużo weny i pozdrawiam! :*

    OdpowiedzUsuń
  3. Aaaaaa....
    dlaczego Viv?Smutno mi.Było do przewidzenia to że nie zawsze będzie tak kolorowo ale żeby posuwać sie do tak radykalnych środków?Najbardziej mnie ciekawi co z Ashtonem.Delbroh weźmie go w swoje szpony,któraś z wilczyc go przygarnie a może po prostu sie go pozbędą?Na pewno będzie sie obwiniał :'(.
    Ale mimo wszystko rozdział świetny!Tylko już nikogo nie zabijaj plissssss.
    Pozdrawiam i czekam jak na szpilkach na nexta ;)
    ~karo~

    OdpowiedzUsuń
  4. Nieeeeeeeeeeeeeee !!!
    Co ty zrobiłaś ?!?!?!?!
    Proszę, niech ona zmartwychwstanie, czy coś... Miałam nadzieję, że ona będzie z Ashtonem, ja ją uwielbiałam, nie mogłaś jej zabić!!! Dlaczegooo???
    I co teraz będzie z Ashtonem?
    Rozdział, oczywiście niesamowity, wszystkie twoje opowiadania są nieziemskie, ale się popłakałam noo! Ja prawie nigdy nie płaczę.
    Czekam na następny rozdział
    Pozdrawiam ^^

    OdpowiedzUsuń
  5. ROOOOOXY!!!!!!!! JAK MOGŁAŚ ??????!!!!!!!!!!!!!!!
    Ryczałam, jak bóbr, gdy czytałam o śmierci Vivien - nie mógł zginąć ktoś inny? Ktoś spoza Wilczyc? Tak mi szkoda dziewczyn, bo straciły przyjaciółkę. Co teraz będzie z Ashem? Biedak się załamie gdy się o tym dowie.
    Jezu.... Normalnie, aż mnie ściskało, jak czytałam jak chłopaki je pocieszali.
    Chcę już next!
    Pozdrawiam Milena

    OdpowiedzUsuń
  6. Dlaczego to zrobiłaś? Oboze,OBOZE.

    OdpowiedzUsuń