piątek, 16 października 2015

25 "Ej! Co jest?! Jesteśmy po tej samej stronie!"

Vivien

         Od kilku dni nie potrafiła robić nic innego, jak tylko rozmyślać o tym, do czego zmusiła ją Deborah. W dalszym ciągu czuła poniżenie, jakie ją spotkało, a także wewnętrzny ból, który nie opuszczał jej nawet na chwilę. Stan beznadziejności spowodował pojawienie się bezsenności, więc ostatnie noce Vivien przeleżała w łóżku gapiąc się w ciemny sufit nad sobą. Nie potrafiła znaleźć sobie miejsca, a to, że Ash dzielił z nią pokój, nie ułatwiało jej tego zadania. Gdy tylko na niego spojrzała, zaraz przed oczami stawała jej tamta sala i ona, zmuszająca ją do poniżenia. Prawie w ogóle się do niego nie odzywała, bo głos w dalszym ciągu grzęznął jej w gardle, a ona bała się powiedzieć cokolwiek.
         Dni mijały jej na przesiadywaniu w łazience, tuż przy wannie. Z dala od niego. Z dala od upokorzenia. Z dala od całego świata, w którym musiała żyć. Kolejne rany pojawiały się na jej ciele, a ona nie dbała już o to, jak koszmarnie poraniona jest jej skóra. Psychiczny ból zastępowała bólem fizycznym, choć on, tylko na chwilę dawał ukojenie.
         Podczas tych pobytów w łazience, często oprócz smutku towarzyszył jej pamiętnik, którego pisała od długiego czasu. Krótkie frazy, niedbale wypisane zdania, pojawiały się na pustych kartkach. Papier wsiąkał, nie tylko jej uczucia, ale także liczne łzy i krew, które przez przypadek opadały na pamiętnik. Vivien pogrążała się w swoim smutku coraz bardziej, już teraz nawet nie licząc na to, że jej stan się polepszy. Miała dość. Miała dość tego miejsca. Miała dość tego życia. Nawet Ashtona, który w sąsiednim pokoju, zamartwiał się o nią.
         Wyszła z białej łazienki, słysząc dzwoniący telefon. Naciągnęła rękawy czarnego swetra na palce, mocniej zaciskając je na materiale. Siedzący na piankowym materacu Ash, podniósł głowę i w ciszy wpatrywał się w nią, gdy przeszła wzdłuż pokoju, docierając do biurka. Złapała za telefon i odebrała, nawet nie patrząc na wyświetlacz.
- Tak? – zapytała cicho.
- Za pięć minut masz się pojawić w moim gabinecie. To pilne! – Usłyszała po drugiej stronie głos Deborah.
- Zaraz tam będę.
          Kobieta rozłączyła się. Vivien wcisnęła telefon do kieszeni i bez słowa podeszła do Irwina. Czuła na sobie jego ciemne tęczówki, które dokładnie śledziły każdy jej ruch. Skuła mu ręce, a koniec łańcucha przyczepiła do kółka znajdującego się w ścianie.
- Viv, porozmawiaj w końcu ze mną – poprosił niemalże szeptem.
- Jest okej, nie musimy rozmawiać.
- Powinniśmy. O tym, co się stało...
- Nie chcę o tym rozmawiać – powiedziała chłodno, starając się powstrzymać łzy, które znów nagromadziły się w jej zielonych oczach.
- Viv proszę, ja…
- Przestań Ash – warknęła cicho pod nosem. 
           Wstała i odwróciła się. Zabrała klucz od pokoju i w trybie natychmiastowym wyszła na korytarz. Nie chciała z nim rozmawiać, choć wiedziała, że powinna. Nie chciała jednak zbyt długo przebywać obok niego. Czuła w stosunku do siebie obrzydzenie przez to, do czego została zmuszona, a Ash brał w tym udział. Był niewinny i to nigdy nie powinno się wydarzyć. Nie chciałaby cierpiał, ale jak zwykle wszystko musiało się pokomplikować. Na daną chwilę nie była wstanie zbyt długo być obok niego tak, jak kiedyś. Jego obecność bolała, przypominając o tym koszmarze.


Parker

           Weszła do gabinetu najstarszej z nich, gdy pozostałe dziewczyny już siedziały na przygotowanych krzesłach. Deborah podniosła głowę, odrywając swoje zimne zielone oczy od ekranu komputera. Spojrzała na nią, wskazując jej bez słowa ostatnie wolne miejsce. Usiadła obok Felicity. Zerknęła na Vivien, która wyglądała na o wiele bledszą, niż zazwyczaj. Jej oczy były przygaszone, czerwone i podkrążone, jakby w nocy nie robiła nic innego, jak tylko płakała. Zauważyła, że Alice i Fel zerkają na nią z niepokojem. Może Parker nie była tak blisko z pozostałymi Wilczycami, ale lubiła Viv i w tym momencie sama zaczęła się o nią martwić.
- Pewnie myślicie, że zwołałam te pilne spotkanie z uwagi na kolejną znalezioną osobę – zaczęła Deborah, opierając się łokciami o biurko. – Nie będzie jednak żadnego kolejnego gwałciciela lub pedofila do rozpracowania. Nasi ludzie znaleźli, bowiem w naszych szeregach wtyczkę. Facet przekazywał informacje dla gangu Marcela. Ja i Eric postanowiliśmy, że to wy go zlikwidujecie.
- Kto to jest? – zapytała Fel.
- Charles Morgan – odpowiedziała. – Kojarzycie go?
- Ten, który nie rozstaje się ze swoją czerwoną marynarką? – odezwała się Parker.
- Dokładnie on – odparła Deb, wskazując na nią palcem.  -Ma zginąć jeszcze dzisiaj. Myśleliśmy na początku o torturach, ale ja i Eric mamy kilka rzeczy do załatwienia, więc nie ma na to czasu, by się nieco ostrzej z facetem zabawić. Macie go zlikwidować. Nasi ludzie mają na niego oko. Kieruje nimi John, więc to z nim się kontaktujcie. Zejdą z posterunku, gdy wy wkroczycie do akcji.
- Jasne – rzuciła Alice.
- To do roboty. Czekam na informacje, kiedy skończycie. – Dziewczyny pokiwały głowami, a następnie szybko wyszły z gabinetu Deborah.
- Widzimy się za dwadzieścia minut w garażu – rzuciła Parker. Zerknęła na Vivien, która kiwnęła tylko głowa, a następnie ruszyła w stronę schodów. Pozostała trójka wymieniła szybko spojrzenia.
- Zajmiecie się nim?- zapytała cicho Fel, gdy przyjaciółka zniknęła im z zasięgu wzroku. – Ja zostanę z Vivien na czatach. Może uda mi się z nią w końcu porozmawiać.
- Jasne. Chętnie zamienię się miejscami – oznajmiła Alice. – Dawno nie pracowałam w terenie. Co?- zapytała na końcu, gdy Parker zmierzyła ją wzrokiem.
- Z całym szacunkiem, ale z Felicity pracuje mi się łatwiej.
- Och, uraziłaś mą duszę. Wal się Parker. I tak będzie dobry z nas duet.
- O ile zamkniesz jadaczkę – skwitowała ze śmiechem, a następnie sama ruszyła w kierunku schodów.


Felicity

            Czarny samochód stał zaparkowany na parkingu przed mało znanym barem w centrum Newcastle. Felicity siedziała za kierownicą, co jakiś czas zerkając na drzwi od lokalu, za którymi przebywał ich cel. Alice i Parker kręciły się niedaleko nich, aby na czas zgarnąć Charlesa. Obok niej znajdowała się milcząca Vivian, która na swoim laptopie obserwowała sąsiednie ulice, upewniając się, że nikt podejrzany się przy nich nie kręci.
           Oderwała wzrok od budynku i spojrzała na swoją przyjaciółkę, która w dalszym ciągu wpatrywała się w ekran komputera. Fel wiedziała, co jest przyczyną tak nagłej zmiany, jaka w niej zaszła. Zresztą każda z nich wiedziała. To, co zrobiła jej Deborah było upokarzające do granic możliwości, szczególnie względem tak wrażliwej osoby, jaką była Vivien. Dla Felicity najgorsze jednak było to, że po tym wszystkim dziewczyna zamknęła się w sobie, odsuwając się od nich. Zarówno ona, jak i Alice chciały jej pomóc, ale Vivien nie dopuszczała ich do siebie, raz za razem odgrywając swój koszmar na nowo.
- Jak ulice? – zapytała, przerywając ciszę.
- Bez zmian – odpowiedziała, wzruszając ramionami.
- Porozmawiaj ze mną, Viv – powiedziała cicho. Jej przyjaciółka pokręciła tylko głową, wcale na nią nie patrząc. – Daj spokój, nie jesteś w tym sama. To co zrobiła Deborah…
- Jestem w tym sama – odparła nieco głośniej, w końcu podnosząc głowę i wlepiając w nią swoje zielone oczy. – Jestem i będę, bo ty nie doświadczyłaś tego, co ja!
- Doświadczyłam podobnych rzeczy Viv. Prawie każda z nas doświadczyła – pociągnęła spokojnie. – Jeśli nie pamiętasz ja musiałam wychłostać Luke'a, a potem przez kilka dni patrzeć na to, jak cierpi. To nie było łatwe, ale wiedziałam, że nie mogę się poddać.
- To nie to samo, ja… Nie ważne.
- Viv, proszę. Może jak się wygadasz, to zrobi ci się lepiej i…
- Nie zrobi się lepiej Fel i przestań się wpieprzać! Mam tego dość! Mam dość, że traktujecie mnie, jak najsłabsze ogniwo! Odwalcie się! – Felicity wytrzeszczyła na nią oczy. – Po prostu… Chcę jeszcze odrobiny spokoju. Tylko tego chcę.
- A co z ucieczką?
- Nadal nic się nie zmienia – odparła już normalnym tonem Vivien. 
           Ponownie jej wzrok skupił się na ekranie laptopa. Felicity zacisnęła usta. Czuła, że w jakiś sposób ją traci. Nie wiedziała już, co powinna zrobić, by poprawić tą sytuację. Nie była pewna, czy w ogóle jest szansa na jej poprawienie. Może faktycznie Vivien potrzebuje jeszcze odrobiny więcej czasu, by to jakoś przegryźć.
- Wyszedł – odparła, wskazując brodą na wysokiego mężczyznę w czerwonym garniturze. Złapała za telefon, a następnie szybko wybrała odpowiedni numer. – Alice, właśnie wyszedł z pubu.
- Dobra, zaraz go zgarniemy. Jesteście cały czas w tym samym miejscu?
- Tak.
- Co z Viv?
- Bez zmian – odparła, a potem ciężko westchnęła. – Kieruje się w stronę Global Street.
- Dobra, dzięki. – I rozłączyła się.


Alice

            Włożyła telefon do kieszeni płaszcza. Spojrzała na Parker i kiwnęła jej głową, dając jej znać, że rozpoczyna się ich część planu. Dziewczyna odrzuciła do tyłu swoje włosy, a potem jako pierwsza wyszła zza zakrętu. Alice poszła w jej ślady.
           Z daleka zobaczyły sylwetkę Charlesa, który dokładnie kierował się w ich stronę. Gdy tylko podniósł głowę, jego szare oczy spoczęły na nich. Uniósł lekko brwi do góry, zaskoczony nagłym pojawieniem się Wilczyc.
- Cześć dziewczyny – rzucił ostrożnie. Miał z nimi kontakt może trzeci raz odkąd zaczął pracować dla Olsenów. One w jakiś sposób go przerażały. Wiedział, że są niebezpieczne.
- Jest sprawa.
- Jaka?
- Potrzebujemy od ciebie informacji.
- Na temat kogo?
- Nie tutaj – wtrąciła się Alice, a potem rozejrzała się dookoła. Jej wzrok na dłużej zatrzymał się na pobliskim zaułku, tuż za dużymi pojemnikami na śmieci. – Tam. To pilne.
- Jasne, służę pomocą.
            Jako pierwszy poszedł we wskazanym przez dziewczynę kierunku. One ruszyły tuż za nim. Nie widział więc, jak obie wymieniają między sobą szybkie spojrzenia. Nie widział, jak Parker sięga po nóż. Nie widział, ja rozdzielają się, by uniemożliwić mu ucieczkę z tego miejsca. Nie zorientował się nawet, gdy podeszły jeszcze bliżej niego.
- Jakich informacji potrzebujecie? – zapytał i już chciał się odwrócić, ale Alice złapała go za ramiona i unieruchomiła. – Ej! Co jest?! Jesteśmy po tej samej stronie!
- Byliśmy, skarbie… Byliśmy – powiedziała ze złośliwym uśmiechem Paker. Alice w dalszym ciągu mocno go trzymała. Kiedy próbował się wyrwać, kopnęła go w kolana, a on upadł na ziemię tak, że prawie zadźwięczały jego kości.
- Ale… Ale…
- Z pozdrowieniami od Erica i Deborah – dodała Parker, podchodząc o niego. Złapała za jego włosy i odciągnęła głowę do tyłu. Mężczyzna jęknął, a potem warknął z bólu. – Tak właśnie kończą wtyczki, Charles. - Niewiele myśląc obróciła w dłoni nóż, a potem przybliżyła do jego szorstkiej od zarostu skóry. – Jakieś ostatnie życzenie?
- Ja nic nie zrobiłem!
- I tak spotkamy się w piekle- rzuciła obojętnym tonem Parker. 
           Błysnęło ostrze, gdy poderżnęła mu gardło. Czerwona posoka od razu zabarwiła jego ubranie, zlewając się barwą z jego marynarką, którą miał na sobie. Krew nieco trysnęła, ochlapując stojącą obok Alice.
- Fee… Parker! Kurwa!
- Mały wypadek przy pracy – podsumowała dziewczyna niewinnym tonem. – Bywaj Charles, byłeś uroczym kutasem – dodała, widząc, jak życie gaśnie w jego przestraszonych oczach. Ostatkiem sił próbował złapać powietrze, ale nie udawało mu się to. Jego oddech zrobił się charczący i bulgoczący, gdy krew podeszła mu do gardła wylewając się przez zaróżowione usta.
           Parker puściła go. Skinęła głową na Alice, która przekręciła oczami. Musiały pozbyć się stąd ciała. Krew i tak zostanie zauważona, ale one miały to gdzieś. Nikt nawet nie dojdzie do prawdziwych oprawców Charlesa, nie, gdy to one biorą się za działanie.
           Dziewczyny podeszły do leżącego ciała, którym nadal wstrząsały pojedyncze drgania. Mężczyzna był na wykończeniu i Alice dawała mu nie więcej, jak dwie minuty agonii. Przeturlały go w stronę dużego śmietnika. Parker otworzyła klapę, a potem obie zebrały w sobie tyle siły, by wrzucić tam jego ciało. Następnie klapa została zamknięta z głośnym hukiem.
- Koniec roboty – oznajmiła Parker. – Wracajmy. Jestem głodna.

            Weszła do pokoju, ściągając z dłoni jedną skórzaną rękawiczkę. Calum od razu spojrzał w jej stronę. Widziała na jego twarzy pojawiającą się ulgę. Po jego minie wnioskowała, że chłopak musiał się o nią martwić, co było dla niej naprawdę słodkie i urocze. Nikt oprócz dziewczyn nigdy się o nią nie martwił i to było naprawdę przyjemne uczucie.
- Obsłużysz się? – zapytała, podchodząc do niego. – Jestem brudna i muszę się umyć.
- Jasne.- Wyciągnęła kluczyk z kieszeni i podała mu go. – Czy to… krew?
- Nie ważne, Cal – powiedziała, prostując się.
- Chcę tylko wiedzieć, czy należy do ciebie.
- Nie. Nie jest moja.
            Chłopak kiwnął tylko głową, a potem zabrał się za ściąganie bransolet. Alice przez chwilę obserwowała go z lekkim uśmiechem. Gdy jednak i on na nią zerknął, dziewczyna nieco się zmieszała i bez słowa odwróciła się, by w końcu udać się do łazienki. Nie wiedziała, co jest powodem tego, że Hood ostatnimi czas tak na nią działał. Lubiła go i to bardzo, choć była pewna, że zaczyna czuć do niego coś więcej. Coś czego nie powinna. Choć jej mózg wyraźnie mówił nie, jej serce i tak łamało ten niemy zakaz, pozwalając rozmyślać o tym niewinnym basiście, który od tak długiego czasu przebywał w jej pokoju.
           Wyszła z łazienki odświeżona i czysta. W końcu pozbyła się tego wstrętnego zapachu krwi, który był po prostu odpychający. Nigdy nie miała problemów z jej widokiem, ale mieć cudzą posokę na sobie, było dla niej niezbyt przyjemnym odczuciem.
            Odrzuciła do tyłu mokre czarne włosy. Usiadła na łóżku, tuż obok chłopaka, który rozwalił się na nim, jakby był u siebie. I w sumie tak było, bo ten pokój dzielili w końcu we dwoje. Spojrzała na niego, a on zaśmiał się pod nosem, przesuwając się w bok, by zrobić jej więcej miejsca. Uśmiechnęła się lekko, słysząc ten przyjemny dla uszu dźwięk, który z siebie wydawał. Nie… Stop! Nie powinna tak o nim myśleć.
- Mogę cię o coś zapytać?
- Co to będzie, Cal?
- To, co robiłyście dzisiaj…
- Calum… Miałeś nie wnikać w naszą pracę i…
- Chcę tylko wiedzieć, czy żadnej z was nic się nie stało.
- Nic się nie stało.
- To chciałem usłyszeć – powiedział, siadając, przez co znalazł się niebezpiecznie blisko niej. – Czy Viv mówiła coś o Ashtonie?
- Nie. Vivien prawie w ogóle się do nas nie odzywała, nie licząc informacji, jakie nam były potrzebne przy zadaniu. – Chłopak spuścił wzrok. Dotknęła jego ramienia, delikatnie przejeżdżając po nim palcami.
- Nie martw się o niego. Jest silny. Da radę. Wy wszyscy dacie radę – powiedziała szeptem. Calum znów na nią spojrzał i lekko pokiwał głową.
- Mogę… Mogę…
- Co?
- Nic. Już nie ważne.
- Powiedz – poprosiła, odwracając się bardziej w jego stronę. Dopiero teraz zauważyła, że w dalszym ciągu trzyma dłoń na jego ramieniu. – Co się dzieje?
- Nic, naprawdę. Chciałem po prostu coś zrobić.
- Co takiego?
- Mogę cię przytulić? – zapytał, wpatrując się w nią.
              Między nimi zapanowała cisza, choć w mózgu Alice pojawiły się głośne okrzyki, podzielone na dwa obozy. Jedne z nich mówiły zrób to, on tego potrzebuje, drugie zaś – nie rób, nie możesz, takie rzeczy nie powinny się pojawiać między wami. Jednak dziewczyna szybko zignorowała drugie głosy. Uśmiechnęła się szeroko i zbliżyła do niego, obejmując go ciasno. Poczuła przyjemne ciepło bijące od jego ciała. Przyjemny dreszcz przebiegł po jej kręgosłupie, gdy jego dłoń spoczęła na jej plecach. Niemalże zadrżała od tego bliskiego kontaktu.
            Calum poruszył się w jej ramionach. Odsunął się, ale w dalszym ciągu był tak blisko niej. Spojrzała w jego ciemne tęczówki, nie mogąc oderwać od nich wzroku. Pochłaniały ją całą, a ona nawet nie próbowała z tym walczyć. Miała wrażenie, że Calum jest tak bardzo daleko od niej. Tak, jakby był poza jej zasięgiem, choć nadal siedział tuż przed nią. Przygryzła lekko wargę, czując, jak robi jej się ciepło, gdy chłopak zwilżył usta językiem.
            Wstrzymała oddech, gdy znów przybliżył się do niej. Poczuła na swojej skórze jego gorący oddech. Po chwili wszystkie jej emocje eksplodowały, gdy połączył ich usta ze sobą. W tym momencie nie liczyło się dla niej nic innego, jak tylko on i to, co z nią robił. Całował spokojnie i delikatnie, jakby badając jej reakcję na tą nagłą bliskość miedzy nimi. Gdy zauważył, że jednak Alice nie zamierza go odepchnąć, pocałunek stał się nieco szybszy i bardziej zachłanny. Ich języki tańczyły we wspólnym tańcu.
            Jej dłonie mocniej zacisnęły się na białej koszulce, a opuszki palców lekko musnęły skórę na jego karku. Calum westchnął cicho wprost w jej usta, a ona złączyła je ponownie, by znów znaleźć się w tym innym, lepszym świecie, do którego ją zabrał. Nie chciała, by przestawał.
            Pociągnęła go ze sobą, opadając na miękką pościel. Calum przywarł do niej, ani na moment nie odrywając swoich ust od jej ust. Wsunęła mu dłoń we włosy, jeszcze bardziej przyciskając go do siebie. Uderzyła w nią kolejna fala gorąca i ekscytacji, gdy jego dłonie powoli zaczęły błądzić po jej odsłoniętych udach. Palcem trącił materiał od jej krótkich spodenek, a potem jego ręka powędrowała jeszcze wyżej. Wsunął ją powoli pod koszulkę, kreśląc opuszkami palców niewielkie kółka na jej skórze.
            Cicho syknęła pod nosem, gdy lekko przygryzł jej dolną wargę, a potem znów złączył ich w szybszym i zachłanniejszym pocałunku. Otarł się o nią, a ona poczuła wybrzuszenie w jego spodniach, które zahaczyło o jej uda. To spowodowało, że kolejny dreszcz znów pojawił się na jej ciele.
            Nagle jednak Calum oderwał się od niej. Spojrzał po raz kolejny w jej niebieskie oczy, unosząc się lekko na łokciach. Wziął głęboki oddech i usiadł na łóżku. Podniosła się, spoglądając na niego. Co zrobiła źle?
- Przepraszam – powiedział cicho, zasłaniając twarz rękami. – Przepraszam, trochę mnie poniosło.
- Daj spokój, Cal – odparła, wstając i siadając obok niego. – To było…
- Złe?
- Naprawdę miłe – rzuciła z uśmiechem, a on odpowiedział tym samym. Objęła go, kładąc głowę na jego ramieniu. – Naprawdę bardzo miłe i niezwykle ekscytujące. 
            Hood zaśmiał się cicho, a potem oplótł ją w pasie rękami, przyciągając do siebie jeszcze bardziej. Wtuliła się w niego mocniej. Między nimi zapanowała cisza, ale nie była ona krępująca. Była idealna. Idealna dla nich. 




***
Już myślałam, że w ogóle nie uda mi się dzisiaj wrzucić tego rozdziału - przyczyną była awaria prądu. Cały dzień go nie było, więc nawet nie liczyłam na to, że o tak późnej porze znów się pojawi. Ale... JEST! Naprawili! :D 

Mam nadzieję, że rozdział w miarę się wam spodobał. Było trochę o Vivien, a także Alice i Calumie, którzy trochę zmienili swoją relację. 

Dziękuję za wasze komentarze. Są super, tak samo jak wy :) Jest to naprawdę doskonała motywacja dla mnie. Jeszcze raz wielkie dzięki!

Kolejny rozdział tradycyjnie pojawi się w kolejny piątek - oby już bez jakichkolwiek awarii i tym podobnych rzeczy. 

Pozdrawiam!

2 komentarze:

  1. Tak mi szkoda Vivien. Bardzo jej współczuje, nie może się zamykać w sobie.
    Alice i Calum - wreszcie! Czekałam na ten moment i ani trochę się nie zawiodłam.
    Rozdział boski ( co jest wiadome, bo w końcu napisany przez ciebie )
    Czekam na następny rozdział
    Pozdrawiam ^^

    OdpowiedzUsuń
  2. Jezu Viv proszę trzymaj się, ale nie odtrącaj biednego Asha - on też cierpi! Jest mi ich strasznie szkoda. Szczególnie, że widać, że Vivien się pogubiła. MATKO MAM ZAWAŁ! - Tak! Nareszcie! Alice i Calum. Nie Hood przestań ją przepraszać tylko wycmokaj raz jeszcze! Kurcze myślałam, że się nie doczekam!
    Z niecierpliwością czekam na kolejną część.
    Pozdrawiam Milena

    OdpowiedzUsuń