sobota, 19 września 2015

21 "Chciałem to samo zrobić tobie"

Felicity

         Skończyła zmieniać Lukowi opatrunki. Potem pomogła mu się położyć z powrotem do łóżka. Podała mu kolejna porcję leków przeciwbólowych, mając nadzieję, że nie będzie już tak cierpiał, jak w nocy. Wtedy, gdy na niego patrzała, miała wrażenie, że zaraz pęknie jej serce. Czuła się bezsilna wobec tego, z czym musiał się mierzyć. Ona jedynie mogła podawać mu kolejne tabletki, licząc na to, że szybko mu pomogą.
- Co chcesz na śniadanie? – zapytała, siedząc obok niego. Przejechała dłonią po jego włosach.
- Nic.
- Musisz coś zjeść.
- Nie, naprawdę… Odpuszczę sobie śniadanie.
- Luke, nie mogę ci podawać tabletek na pusty żołądek. Musisz coś w siebie wcisnąć.
- Płatki – rzucił pierwsze, co przyszło mu na myśl.
- W porządku- odparła, nachylając się w jego stronę. 
         Luke odgiął się trochę w bok, ułatwiając jej dostęp do swoich warg. Musnęła jego usta swoimi, a on uśmiechnął się lekko pod nosem. Pogładziła go dłonią po policzku. Hemmings nadal był blady, choć zauważyła, że powoli nabiera dawnych kolorów. Nie miał gorączki, więc była pewna, że z każdym kolejnym dniem będzie czuł się lepiej. Na to właśnie liczyła.
- Wracaj do mnie szybko.
- Oczywiście, kotku – rzuciła, przejeżdżając palcem po jego nosie, wywołując u niego kolejny uśmiech. Następnie wstała z miejsca i wyszła z pokoju, zostawiając go samego.


Alice

         Wciągnęła na siebie kurtkę. Spojrzała w lustro, poprawiając włosy. Po tym, co stało się wczoraj chciała, jak najszybciej wykonać swoje zadanie. Nie było trudne, ale dla niej stanowiło mały krok ku ucieczce. Mianowicie, miała zakupić najpotrzebniejsze rzeczy, w tym zaopatrzyć chłopaków w czarne ubrania. Takie, jakie nosiły one i reszta mieszkańców Gniazda. Czarne ubrania nie rzucały się tak bardzo w oczy, jak ich białe koszulki i dresy, w których musieli chodzić. Biel była zarezerwowana dla przetrzymywanych i uprowadzonych ludzi. Czerń zaś, była przeznaczona dla członków gangu Olsena.
         Odwróciła się i niepewnie spojrzała w stronę Caluma. Siedział na swoim piankowym materacu, okryty kocem i od dobrych kilkudziesięciu minut nie robił nic innego, jak tylko wpatrywał się w niebo za oknem. Zresztą Alice nie była pewna, czy Hood nie siedzi tak od samego rana. Prawie w ogóle się do niej nie odzywał, a jedyne na co się zdobył, to krótkie odpowiedzi na zadawane przez nią pytania. Był gdzieś poza jej zasięgiem, a ona nie potrafiła sprowadzić go z powrotem. Po wczorajszym dniu Calum się załamał i dalej obarczał się winą za to, co stało się Lukowi. Mogła się założyć, że raz za razem katuje się w myślach, przypominając sobie tamto felerne spotkanie w sali.
          Wiedziała, że musi w końcu opuścić pokój, ale zachowanie Caluma naprawdę ją niepokoiło. Nie chciała zostawiać go samego. Nie w stanie, w jakim był. Martwiła i bała się o niego, bo to jego zawieszenie naprawdę ją przerażało. Ostatnią rzeczą, jaką chciała to, to by się poddał. W końcu miał, o co walczyć.
- Zaraz wracam – powiedziała do niego, a on nawet nie zareagował na jej słowa. Jego ciemno brązowe oczy, w dalszym ciągu skierowane były w stronę okna. Wzięła głęboki oddech, czując fatalną bezsilność. Nienawidziła tego uczucia ze wszystkich innych negatywnych emocji, jakich może doświadczyć człowiek.
         Wyszła na zewnątrz, zamykając za sobą drzwi na klucz. Nie wiedziała, dlaczego w ogóle wyszła z pokoju. Chyba potrzebowała przestrzeni bez Hooda, by móc racjonalnie pomyśleć. Podeszła do schodów, opierając się o barierkę. Potarła palcami oczy, zastanawiając się, co może zrobić, by choć trochę polepszyć mu nastrój.
         Nagle usłyszała kroki. Wyprostowała się i skupiła wzrok na schodach. Po chwili uśmiechnęła się z ulgą. Do pokoju wracała Felicity, niosąc na tacce dwie miski z miodowymi płatkami. Łyżki cicho brzęczały, gdy odbijały się od naczyń, a stary budynek roznosił ten dźwięk w postaci lekkiego echa.
- Fel, co z Lukiem?
- Mam nadzieję, że lepiej – powiedziała, zatrzymując się przy przyjaciółce. Zauważyła, jak mocniej zacisnęła palce na czerwonej tacce. – A co z wami?
- W sumie… w sumie chyba nie jest w porządku – odparła powoli Alice, ściszając swój głos.
- Co się stało?
          Dziewczyna rozejrzała się po korytarzu. Nie chciała, by ktoś usłyszał tą rozmowę. Felicity szybko zrozumiała, o co jej chodzi i głową wskazała na jej pokój. Kiwnęła jej i obie skierowały się w stronę drzwi. Fel podała jej tackę, zabierając się za otwieranie zamka. Następnie weszły do środka.
          Gdy tylko weszła do pokoju, jej wzrok spoczął na leżącym na łóżku blondynie. Zacisnęła usta, a potem niepewnie spojrzała na przyjaciółkę. Ta przejęła od niej tackę i postawiła ją na biurku. Wróciła do niej, kładąc jej dłoń na ramieniu.
- Śpi? – wyszeptała, wskazując Hemmingsa brodą.
- Rozmowa w cztery oczy? – zapytała Fel, a ona pokiwała głową. – Dobra. Musimy przeprowadzić ją w łazience.
- Pasuje – odparła, lekko się uśmiechając.
          Zobaczyła, jak dziewczyna podchodzi do chłopaka. Ukucnęła przy nim i wyszeptała coś do niego. Zauważyła, jak Luke pokiwał głową. Przykryła go bardziej kołdrą, a potem machnęła na nią. Obie weszły do białego pomieszczenia. Fel zamknęła za nimi drzwi.
- Co się dzieje Alice? – zapytała od razu, obejmując się rękami.
- Chodzi o Caluma.- Felicity pokiwała tylko głową, zachęcając ją do dalszego mówienia. – Chyba się załamał. Ma poczucie winy za to, co stało się wczoraj.
- Dlaczego?
- To zostanie między nami?
- Oczywiście – zapewniła ją Fel, a ona wzięła głęboki oddech. 
         Wiedziała, że może jej ufać w stu procentach. Traktowała ją, jak siostrę. Zresztą ona, Vivien i Felicity były sobie tak bliskie, że w niektórych rodzinach nie ma, aż tak silnych więzi, jaka łączyła tą trójkę z pozoru obcych osobie dziewczyn.
- Bo Luke się postawił Deborah – powiedziała cicho Alice. – Calum uważa, że to on powinien był to zrobić. Zresztą zdołowało go też to, że z początku naprawdę chciał walczyć z Lukiem.
- Co?
- Przyznał mi się do tego, że tak walka z Benem tak go rozchwiała, że chciał nawet dla telefonu rzucić się na przyjaciela. Ale powstrzymał się, gdy Luke zaczął się stawiać. Teraz ma poczucie winy za to wszystko, co się działo potem.
- Pieprzona Deborah – syknęła Fel, kręcąc głową. – To wszystko jej wina!
- Też mu to mówiłam. Suka dobrze gra na emocjach całej naszej siódemki. Tyle, że te moje słowa wcale mu nie pomogły. Nie wiem, co powinnam zrobić. Nie wiem, jak mu pomóc. Dodatkowo nie chcę zostawiać go samego, a dzisiaj chciałam zakupić dla nas najpotrzebniejsze rzeczy do ucieczki.
- Przyprowadź go tu – powiedziała powoli Felicity. – Faktycznie niech nie siedzi sam w pokoju.
- Naprawdę?
- Naprawdę.
- Jesteś najlepsza.
- Od tego mnie masz – skwitowała z uśmiechem. – Za ile go przyprowadzisz?
- Za chwilę. Za godzinę muszę być w hurtowni, aby zobaczyć zamówienie.
- Dobra, to czekam. Drzwi będą otwarte.
         Obie wyszły z łazienki. Alice raz jeszcze rzuciła okiem na Luke'a, który leżał na łóżku Fel z zamkniętymi oczami. Następnie skinęła przyjaciółce głową i wyszła z pokoju. Podeszła do swoich drzwi i otworzyła je. Wróciła do siebie. Calum w dalszym ciągu siedział pod ścianą, nie zwracając na nic uwagi.
         Dziewczyna wzięła głęboki oddech. Złapała za łańcuchy, opaskę i obrożę i z tymi rzeczami podeszła do Mulata. Hood spojrzał na nią dopiero, gdy ukucnęła tuż przed nim. Bez słowa zapięła mu obrożę, a potem założyła na ręce łańcuchy. Gdy chłopak zauważył chustę w jej dłoni, odezwał się.
- Co się dzieje?
- Muszę wyjść. Nie wiem, ile mi to zajmie, dlatego idziesz do Felicity.
- Alice? – Spojrzała w jego ciemne oczy. – Co z Lukiem?
- Lepiej. – Pokiwał tylko głową. – I to nie jest twoja wina – dodała po chwili, gdy Calum intensywnie wpatrywał się w łańcuchy, jakby nagle okazały się być niezwykle interesującym obiektem. – Chodź.
         Wstał z miejsca, a ona zawiązała mu chustę na oczy. Złapała za torebkę, a potem wzięła go pod rękę i poprowadziła go w stronę drzwi. Słyszała, jak pociągnął nosem. Poklepała go lekko po ramieniu, dając mu znak, że wszystko będzie dobrze. Nie chciała, by Hood całkowicie się rozsypał.


Felicity

        Jak tylko Alice wyszła z jej pokoju, podeszła do Luke'a i znów przy nim kucnęła. Chłopak otworzył oczy i jego błękitne tęczówki spojrzały wprost na nią. Uśmiechnął się lekko. Poczuła, że gdzieś w środku zrobiło jej się cieplej. Uśmiech Hemmingsa skutecznie potrafił sprawić to, że czuła się lepiej. Nawet po tym, co stało się wczoraj.
- Luke – zaczęła, a on kiwnął głową. – Zaraz Alice przyprowadzi tu Caluma. Plecy mocno ci dokuczają?
- Nie, aż tak, jak w nocy. Jest okej.
- Mówisz mi prawdę?
- Mówię prawdę. Jest naprawdę okej.
- Gdyby jednak zaczęły mocno cię boleć, od razu mów. Nie chcę by…- Urwała, nie wiedząc, jak mu to powiedzieć.
- Co się dzieje Fel?- zapytał od razu, gdy dziewczyna przygryzła wargę. Uniósł się lekko na łokciach.
- Leż – rozkazała, dotykając jego ramienia.
- To powiedz mi, co się dzieje.
- Chodzi o Caluma – wydusiła z siebie. – To, co stało się wczoraj trochę go… trochę go zdołowało. Nie chcę by widział, jak bardzo cierpisz. 
         Wiedziała, że nie może powiedzieć mu wszystkiego, bo w końcu obiecała to Alice, ale Luke musiał mieć nakreśloną sytuację. Liczyła na to, że może lepszy stan zdrowia Hemmingsa, poprawi stan psychiczny Hooda.
- Czyli z nim nie jest do końca w porządku?
- Myślę, że można tak to określić.
- Okej… Udam, że jest zajebiście.
- Luke- warknęła Fel, a chłopak zaśmiał się. Przejechał palcami po jej ramieniu, a ona poczuła przyjemny dreszcz, który pojawił się na jej kręgosłupie. – Po prostu od razu mów, jak coś będzie się działo i nie czekaj na to, że może samo minie.
- Naprawdę mi lepiej- rzucił z lekkim uśmiechem.
- Ale śniadania i tak nie chcesz zjeść?
- Szczerze?
- Tylko.
- Zrobiłem się głodny.
- Miało być szczerze.
- Jest szczerze – odpowiedział, przejeżdżając palcem po jej nosie. – Może zdrowieję?
- Jesteś ściemniacz do kwadratu Hemmings – skwitowała, a chłopak przekręcił oczami, w dalszym ciągu uśmiechając się do niej. – Zjesz te płatki?
- Zjem. I tak pewnie byś je we mnie wmusiła.
- Dokładnie – rzuciła, wstając z miejsca.
         Wyciągnął w jej stronę rękę, a ona złapała za nią. Zaasekurowała go w dolnej partii jego pleców, tam gdzie nie było opatrunków. Pomogła mu usiąść, dokładnie obserwując jego reakcję. Luke cicho syknął pod nosem, a potem lekko skrzywił się. W końcu jednak znalazł taką pozycję, która była dla niego komfortowa.
         Felicity już chciała podejść do biurka, by wziąć z niego tackę, kiedy drzwi od jej pokoju otworzyły się. Do środka weszła Alice, prowadząc Caluma. Podeszła do przyjaciółki. Przekazała jej kluczyk do jego bransolet.
- Dzięki.
- Nie ma sprawy – odpowiedziała, a potem zwróciła się do Mulata. – Cześć Calum.
- Cześć – powiedział bezbarwnym tonem. Obie szybko wymieniły spojrzenia.
- Odbiorę go zaraz po powrocie.
- Spoko, nie spiesz się.
         Alice kiwnęła jej głową i lekko ścisnęła rękę Hooda. Następnie odwróciła się i wyszła z pokoju. Fel zamknęła za nią drzwi na zasuwę. Wróciła do Caluma i rozkuła go. Ściągnęła mu obrożę i chustę. 
        Chłopak, gdy tylko odzyskał możliwość widzenia, spojrzał na siedzącego na łóżku blondyna. Luke machnął do niego ręką. Fel dostrzegła na jego twarzy ulgę. Czyżby Hood obawiał się tego, że zobaczy swojego przyjaciela w bardziej opłakanym stanie?
- Jadłeś śniadanie?
- Tak – odpowiedział szybko, a potem podszedł do łóżka, na którym znajdował się Luke. 
        Usiadł obok niego. Przez chwilę obaj spoglądali na siebie. W końcu Hemmings lekko poklepał go po udzie. To wystarczyło, by Calum zwiesił głowę. Przycisnął palce do oczu, starając się uspokoić.
- Co się dzieje? – zapytał powoli Luke. W odpowiedzi otrzymał tylko ciche westchnięcie i pokręcenie głową. Hemmings podniósł wzrok i spojrzał na Felicity, która zacisnęła lekko usta. Następnie wrócił do swojego kumpla. – Cal? Powiedz mi, co się stało. – Hood znów pokręcił głową.
- Wiedziałam, że jakoś wymigasz się od śniadania – skwitowała Felicity, gdy Luke spojrzał na nią po raz kolejny. Posłał jej przepraszający uśmiech. – Mam was zostawić samych?
- Możesz?
- Mogę. Pójdę poprzeszkadzać Vivien – rzuciła, a potem wyszła z pokoju, zamykając drzwi na klucz.


Luke

         Starał się mocno nie ruszać, bo gdy to robił rany na plecach dawały o sobie znać z podwójną siłą. Mimo tego i tak czuł się lepiej. Wczoraj był pewny, że tego nie zniesie. Dziś nie było wcale tak źle. Wiedział, że za kilka dni znów będzie mógł normalnie funkcjonować. Potrzebował tylko odrobiny więcej czasu, by dojść do siebie.
         Odkąd Calum usiadł obok niego, nie odezwał się, ani jednym słowem. Wpatrywał się tylko w swoje dłonie, które opierał na nogach. Luke doskonale słyszał jego powolny oddech. Widział też, jak od czasu do czasu zaciska ręce w pięści, jakby w środku toczył jakąś walkę. Między nimi panowała dłuższa cisza, a Hemmings w końcu postanowił ją przerwać.
- Cal, musisz mi powiedzieć, co się dzieje – wyszeptał, nachylając się w jego stronę. 
         Miał wrażenie, że jak tylko podniesie bardziej głos, to cała sytuacja jeszcze bardziej się pogorszy. Teraz cisza była ich sprzymierzeńcem, a on nie chciał tego zepsuć. Sprawa wyglądał na delikatną.
- Naprawdę się o ciebie martwię – dodał po chwili, zauważając jedną łzę, która wypłynęła z kącika oka jego przyjaciela. Położył mu dłoń na ramieniu, a Calum wziął głęboki oddech.
- Nie powinieneś się o mnie martwić, tylko o siebie – powiedział cicho Hood. – Powinieneś być na mnie wkurzony za to, co się stało…
- Co ty wygadujesz? – przerwał mu Luke, patrząc na niego z niedowierzaniem.
- To wszystko moja wina – wydusił z siebie, a potem zakrył twarz rękami. 
          Blondyn zrobił wielkie oczy. Skrzywił się, gdy zbyt gwałtownie wyciągnął rękę w jego stronę. Plecy znów krzyknęły tępym bólem. Wytrzymał to jednak, obejmując przyjaciela ramieniem.
- To nie jest twoja wina – powiedział, nachylając się do niego jeszcze bardziej. – Sam jestem sobie winien, bo się jej postawiłem i…
- Nie, nie, nie – rzucił szybko Calum, kręcąc głową. Jego głos był jeszcze bardziej wilgotny, niż przed chwilą i Luke zdał sobie sprawę z tego, że Hood właśnie jest na granicy rozsypki. – To moja wina. To ja powinienem był to przerwać.
- Spójrz na mnie. – Calum jednak dalej siedział w tej samej pozycji. – Popatrz na mnie. – Pokręcił tylko głową, a do uszu Luke'a doszedł jego przyspieszony oddech.
          Niewiele myśląc, odwrócił się bardziej w jego stronę, ignorując ból w plecach. Złapał za jego twarz i wymusił na nim to, by w końcu podniósł głowę. Zobaczył jego zaczerwienione oczy i mokre od łez policzki. To miejsce łamało ich po kolei i Calum był kolejną ofiarą psychicznej, emocjonalnej gry Deborah.
- To nie jest twoja wina – powtórzył Luke, puszczając go. Położył dłoń na jego ramieniu, zaciskając palce na białej koszulce. – Nawet przez chwile nie pomyślałem o tym, by zrzucić to, co się stało na ciebie.
- Powinieneś… Powinieneś to zrobić.
- Bo?
- Zobacz, co zrobiłem Benowi.
- To nie była twoja wina. Ona cię do tego zmusiła…
- Chciałem to samo zrobić tobie – jęknął, znów zalewając się łzami. Luke uniósł brwi do góry. – Przez chwilę chciałem rzucić się i na ciebie… Chciałem… Tak bardzo chciałem usłyszeć głos mojej matki. A potem, gdy się odezwałeś, to coś mnie tknęło. Jakby wyrwało z tego transu, w jakim byłem i zrozumiałem, co takiego wyprawiam. To ja powinienem był się jej postawić, gdy tylko oznajmiła, że mam z tobą walczyć… Ja… Tak bardzo cię przepraszam Luke…
- Cal, nadal uważam, że to nie twoja wina.
- Nawet po tym, co chciałem zrobić?
- Chciałeś, ale nie zrobiłeś.
- Nie powinienem był nawet o tym myśleć!
- Ja mam to gdzieś. Ty nie zrobiłeś nic złego. – Poklepał go po ramieniu. – Nie możesz się załamać z takiego powodu. Nie teraz. Mogę się założyć, że jeszcze nie raz zostaniemy zmuszeni do robienia czegoś, czego nie chcemy. Będziemy musieli wybierać mniejsze zło…
- Jak Felicity, gdy ci to zrobiła?
- To też nie jej wina…
- Wiem. To Deborah.
- Właśnie. I ty też nie zrobiłeś niczego złego. Broniłeś się przed Benem, a to, o czym pomyślałeś potem… To nie ma znaczenia. Chciałeś usłyszeć swoich rodziców, to normalne, że w pierwszym odruchu miałeś ochotę się na mnie rzucić. Naprawdę nie mam ci tego za złe. – Calum wziął głęboki oddech, a potem wytarł twarz o swoją białą koszulkę. – Mam nadzieję, że już ci lepiej.
- Lepiej, dzięki. A co z tobą?
- Lepiej.
- A naprawdę?
- Jest chujowo, ale stabilnie- powiedział z lekkim uśmiechem Luke. Calum odpowiedział tym samym. – Muszę zjeść śniadanie, bo Fel mnie zabije, jak wróci do pokoju.
- To, co stoi na biurku? – zapytał Hood, wskazując palcem tackę z miskami. Blondyn pokiwał głową. – Przyniosę ci.
- Naprawdę nie chce mi się jeść.
- Akurat pod tym względem zgadzam się z Fel. Musisz coś zjeść.
          Luke przekręcił oczami, gdy Calum wstał z miejsca. Mulat podszedł do biurka i złapał za tackę. Razem z nią wrócił do łóżka. Usiadł, kładąc ją na swoich kolanach. Oboje spojrzeli na płatki, a potem na siebie.
- Wygląda, jak papka dla dzieci – skomentował Hood ze śmiechem. – Wszystko się rozmoczyło.
- Przynajmniej będzie łatwiejsze do połknięcia- powiedział Luke, biorąc miskę do ręki. Skrzywił się lekko, czując rwący ból z lewej strony pleców.
- Co się dzieje?
- Nic. Już w porządku- odpowiedział, łapiąc za łyżkę.
- Myślisz, że Felicity będzie mieć coś przeciwko temu, jak zjem jej śniadanie?
- Nie. Myślę, że będzie zadowolona z postępów, jakie robimy – odpowiedział ze śmiechem blondyn. Calum uśmiechnął się do niego. Wziął miskę, odkładając tackę na bok. Po chwili oboje zaczęli jeść miodowe płatki z mlekiem.


Felicity

          Gdy tylko pojawiła się w pokoju Vivien, została zasypana pytaniami na temat Luke'a. Głównym zainteresowanym był Ashton, który z ulgą przyjął to, że Hemmings jakoś się trzyma i nie jest z nim tak źle, jak to sobie wyobrażał.
         Potem cała trójka skupiła się na dużej, rozrysowanej przez Viven mapie, która była schematem ich wielkiej ucieczki, jaką planowali. Omawiali poszczególne etapy, koncentrując się na wybranych punktach. Felicity dokładnie śledziła drogę, jaką mają odbyć, a Vivien wymieniała wszystkie plusy i minusy trasy. Zresztą jej przyjaciółka zawsze planowała wszystko z dokładnością, dlatego była tak znakomitym strategiem w ich grupie. Ashton przysłuchiwał się temu w milczeniu, od czasu do czasu dopytując się o konkretniejsze szczegóły.
          Dzięki temu zajęciu Fel mogła trochę odreagować. Choć dalej w jej myślach gdzieś czaił się Luke, to ucieczka stanowiła doskonałą odskocznie od tego całego stresu, jaki przeżywała odkąd pojawiła się w sali. Mogła skupić się na czymś innym, niż zamartwianie się o stan zdrowia blondyna. Wiedziała, że jest to dla niej możliwość naładowania emocjonalnych baterii, które po wczorajszych wydarzeniach powoli zaczynały się wyczerpywać. W końcu sama była bliska popadnięcia w psychiczny dół, a tego nie chciała. Musiała być silna. Nie tylko dla siebie, ale też i dla niego. Jaki byłby z niej pożytek, gdyby nagle się załamała?
          W końcu musiała wrócić do swojego pokoju. I tak czuła, że zbyt długo zostawiła ich samych. Po tym, co stało się wczoraj i w jakim stanie był Luke, wolała mieć go ciągle na oku. Szczególnie, że widziała ten jego napad bólu w nocy. Wolała być w pogotowiu, czujna i gotowa do tego, by mu w jakiś sposób pomóc, gdyby ból o tak dużej mocy powrócił. Zresztą zostawiła ich w pokoju samych i niezakutych. Choć nigdy nie zdarzyło się tak, by ktoś obcy wtargnął do jej królestwa, gdy jej nie było, to jednak nie ufała od końca innym członkom gangu.
          Zdążyła wyjść na korytarz, gdy rozdzwonił się jej telefon. Spojrzała na wyświetlacz i aż zazgrzytała zębami, widząc osobę, która próbowała się z nią skontaktować. Przez chwilę pomyślała o tym, by zignorować Deborah, ale z drugiej strony wiedziała, że nie powinna jej wkurzać, ani jej prowokować. Jej palce mocniej zacisnęły się na komórce, gdy odebrała.
- Tak?
- Masz natychmiast do mnie przyjść.
- Jasne. Zaraz będę.
          Rozłączyła się i wsunęła telefon z powrotem do kieszeni. Spojrzała na drzwi od pokoju. Nic się nie stanie, jak chłopaki jeszcze trochę posiedzą bez łańcuchów. Zresztą i tak nikt się nie dowie. W razie czego bierze całą winę na siebie.
         Spuściła głowę w dół i ruszyła w stronę schodów. Wspięła się na kolejne piętro, zatrzymując się przed gabinetem kobiety potwora. Bo Deborah tym dla niej była. Była potworem w ludzkiej skórze. Ich osobistym katem, który potrafił ich miażdżyć, nie tylko fizycznie, ale przede wszystkim psychicznie.
          Zapukała i weszła do środka, przybierając na twarz neutralną maskę, która nie zdradzała żadnych emocji. Deborah podniosła wzrok, a następnie wstała z fotela. Machnęła na nią palcem. Fel bez słowa zbliżyła się do niej.
- Chciałaś mnie widzieć – powiedziała, gdy zatrzymała się tuż przed nią.
         Zanim zdążyła się zorientować, Deborah zamachnęła się i uderzyła ją w twarz. Jej głowa odskoczyła i musiała złapać się stojącego obok krzesła, by nie upaść na podłogę. Natychmiast poczuła metaliczny smak krwi. Deb rozcięła jej dolną wargę, z której powoli sączyła się czerwona posoka. Felicity oblizała się, walcząc z ochotą odpłacenia się jej tym samym. Wiedziała, że gdyby podniosła na nią rękę, skończyła by jeszcze gorzej, niż Luke wczoraj.
- To za twoje nieposłuszeństwo – odparła powoli Deborah, świdrując ją wściekłym wzorkiem. – Za to, że miałaś czelność stawiać się moim rozkazom!
- Nie jestem twoją własnością – rzuciła, przez zaciśnięte zęby.
- I tu się mylisz. Ty i reszta dziewczyn jesteście moją własnością. Wilczyce są moją własnością i macie robić to, co wam każę. Coraz częściej podważacie moje zdanie, a to mi się zupełnie nie podoba. Liczę na to, że się w końcu do cholery opamiętacie! – Fel tylko kiwnęła głową, po raz kolejny oblizując usta. – A teraz spieprzaj stąd!
- Jasne.
          Odwróciła się i szybko opuściła ciemny gabinet Deborah. Była wściekła, ale uspakajał ją jeden fakt – ucieczka. Ucieczka dzięki, której zagrają tej suce na nosie. Gdy wszystko pójdzie zgodnie z planem, wszyscy znikną, zostawiając za plecami to potworne miejsce.
          Weszła do pokoju, a chłopaki od razu spojrzeli w jej stronę. Zamknęła drzwi na zasuwę, podchodząc do biurka. Uniosła lekko brwi do góry, widząc dwie opróżnione miski. Powoli odwróciła się do nich, lustrując ich czujnym wzorkiem. Zauważyła, że Calum odżył, więc rozmowa z Lukiem poskutkowała. To sprawiło, że poczuła się jeszcze lepiej. Lepiej, mimo tego, co przed chwilą się stało.
- Dobra, przyznać się, który zżarł moje śniadanie? – zapytała ze śmiechem, wskazując na puste naczynia. Calum uśmiechnął się do niej, wyciągając dwa palce do góry.
- Masz szczęście, że cię lubię – powiedziała, udając poważny ton. – Zjadłeś też jego działkę, czy zrobił to sam?
- Sam to zjadłem – odezwał się Luke.
- To też masz szczęście.
- Co ci się stało w usta? – zapytał Hood.
- Małe spotkanie z Deborah- odpowiedziała, machając ręką. – Nic ważnego. – Zobaczyła, jak chłopaki wymieniają spojrzenia. – Naprawdę nic ważnego. Po prostu chciała pokazać mi moje miejsce w szeregu.
- Dlatego cię uderzyła? – dopytał się Luke.
- Tylko dlatego. – Chłopaki znów spojrzeli na siebie. Przekręciła oczami. Podeszła do nich. – Jak ty się czujesz?
- W miarę dobrze.
- Trochę poleżał, a potem znów chciał usiąść – poinformował ją Calum.
- Bo drętwieję od tej jednej pozycji – dodał Luke. – Bolące plecy to przekichana sprawa.
- Chcesz coś przeciwbólowego?
- Nie, jest okej. – Spojrzała na niego, szukając śladu kłamstwa. Luke jednak uśmiechnął się do niej. Odpowiedziała mu tym samym.


Alice

          Miała siatki wypchane różnymi rzeczami prawie po same brzegi. Musiała szybko przedostać się z podwórka do pokoju, tak by nie zainteresować tymi pakunkami innych mieszkańców Gniazda. Dlatego bez dłuższego zwlekania, ruszyła w stronę głównych drzwi.
          Dotarła do pokoju, nie trafiając po drodze na nikogo. Weszła do środka. Zostawiła siatki na łóżku, a potem znów opuściła swoje królestwo, by odebrać Caluma. Odetchnęła z ulgą widząc, że Hood poczuł się lepiej. Domyślała się, że odbył rozmowę ze swoim przyjacielem i to ona postawiła go psychicznie na nogi. Oboje wrócili z powrotem do pokoju.
- Co tam masz? –zainteresował się Calum.
- Niezbędne rzeczy- odparła ze śmiechem. Mulat przybliżył się do niej i wskazał na siatki. Pokiwała głową, a ten zaczął przeglądać ich zawartość.
- Plecaki?
- Musimy, gdzieś pomieścić te rzeczy – rzuciła z uśmiechem.
- Czarne bluzy, spodnie… Nieźle, są nawet buty.
- Mam nadzieję, że będą na was pasować.
- Są i latarki, baterie… Sznurek?
- Sznurek zawsze się przydaje.
- Zestaw noży?
- To też się przydaje.
- Chcę wiedzieć, do czego mogą się nam przydać?
- Nie do tych rzeczy, o jakich myślisz.
- I dobrze.
- Do tych rzeczy, ja z dziewczynami będziemy mieć inne wyposażenie. W końcu też będziemy musieli się bronić, gdy będziemy do tego zmuszeni.
- Pistolety?
- Tak… Ale skończmy z tym. Pomóż mi to schować.
- Gdzie?
- Musimy przesunąć łóżko. Mam w podłodze skrytkę.
- Skrytkę?
- Każda z nas ma – powiedziała z uśmiechem, podchodząc do rogu łóżka.- No, rusz się Hood! – dodała roześmiana. Calum odpowiedział tym samym i podszedł do drugiego rogu. 



***
Niestety mój internet się zbuntował i nie chciał w ogóle współpracować. Dlatego rozdział pojawia się dopiero teraz. Mam nadzieję, że w przyszłości mój net nie wywinie mi już takich numerów. 

Mam nadzieję, że i ten rozdział przypadł wam do gustu :)

Dzięki bardzo za wasze komentarze! 

Kolejna część tradycyjnie w piątek!

Pozdrawiam!



EDIT z niedzieli!

The Great Escape w końcu ma swoja wersję na wattpadzie! 
Chętnych zapraszam TU.



Tak prezentuje się okładka - Monia wielkie dzięki za to małe cudo :)


4 komentarze:

  1. Niesamowity rozdział ♥
    Calum biedny się tak obwinia... Szkoda mi go. Szkoda mi też Luke'a którego podziwiam, bo w końcu sam cierpi, plecy go okropnie bolą, a jeszcze Cala pociesza, że to nie jego wina, co zresztą jest prawdą.
    Czekam na następny rozdział
    Pozdrawiam ;*

    OdpowiedzUsuń
  2. Kurcze tak bardzo szkoda mi Luka i Caluma - zresztą ich wszystkich. Blondyn stanął na wysokości przyjacielskiego wyzwania i pocieszył Hooda, który naprawdę tego potrzebował. Cal - zgadzam się z nimi wszystkimi - to nie była twoja wina! Nienawidzę Deb, szkoda, że Fel jej nie przyłożyła - ale z drugiej strony faktycznie to by mogło się źle skończyć. Z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy! :)
    Pozdrawiam Milena

    OdpowiedzUsuń
  3. Mega rozdział!! Czy tylko ja czekam aż coś wydarzy się pomiędzy Alice i Calumem? :D POZDRAWIAM!

    OdpowiedzUsuń