piątek, 11 września 2015

20 "To nie jest twoja wina"

Michael

         Jak tylko Parker ściągnęła mu chustę i łańcuchy, skierował się w stronę swojego piankowego niebieskiego materaca. Usiadł na nim, podciągając nogi niemalże po samą brodę. Cały się trząsł i nawet nie starał się tego, w jakikolwiek sposób kontrolować. Przed oczami, co chwilę stawała mu ta sama scena, a on bał się je zamknąć, by nie stała się jeszcze bardziej wyraźna.
        Dokładnie widział wszystko to, co działo się w sali. Siedział w takim miejscu, że dokładnie dostrzegał każdą, nawet najmniejszą zmianę w wyrazie twarzy swoich przyjaciół. Widział strach u Ashtona i jak ciężko przełykał ślinę, gdy Deborah celowała do niego z broni. Widział przerażonego Caluma, który chyba od nadmiaru emocji, nie był pewny, co dokładnie dzieje się wokół niego. Widział, a potem także słyszał Luke'a, który otrzymywał swoją karę z rąk Felicity. Widział, jak jego biała koszulka barwi się na czerwono, jak pot spływa mu po twarzy, jak ciężko duszy i krzyczy z bólu. Ten dźwięk wciąż rozbrzmiewał mu w uszach, a on był pewny, że nie raz będzie go nawiedzał w snach. Blondyn postawił się Deborah i poniósł tego surowe konsekwencje.
         Zamknął oczy, czując, jak spod powiek wymykają mu się pojedyncze krople łez. Zrobiło mu się zimno, od tego całego stresu. Przykrył się kocem, mocniej zaciskając dłonie na materiale. Nienawidził tego miejsca. Nienawidził go od samego początku, a teraz ta nienawiść urosła jeszcze bardziej. Był pewny, że im dłużej będzie tu siedział, tym ciężej będzie mu to wszystko wytrzymać. Znów zbliżał się niebezpiecznie do granicy załamania, a niewiedza na temat stanu zdrowia Luke'a, tylko pogarszała tą sytuację.
- Twój kumpel się pozbiera.
          Zaskoczony podniósł głowę do góry. Parker stała tuż nad nim, wlepiając w niego swoje brązowe oczy. Zazwyczaj traktowała go, jak powietrze lub jak zło konieczne, a teraz odezwała się do niego i nie była to forma rozkazu, które tak lubiła wydawać. Jej ton był nieco cieplejszy, niż zwykle, a Michael przez chwilę nie był pewny, czy to właśnie do niego były skierowane te słowa. Jednak w pokoju nie było nikogo, oprócz nich.
- Nic mu nie będzie Michael, więc spróbuj wziąć się w garść – pociągnęła, a potem kucnęła. Dopiero teraz zauważył, że w dłoni ściskała plastikową butelkę z wodą. – Weź to.
- Co?
- Daj spokój, nie chce cię otruć. Widzę jednak w jakim jesteś stanie. Potrzebujesz czegoś na uspokojenie.
- Ja nie…
- To nie są żadne zakazane prochy – pociągnęła, wciskając mu w dłoń butelkę i dwie podłużne tabletki. – Można je nabyć w każdej aptece. To zwykłe pigułki, które pomogą ci zasnąć. – Kiwnął tylko głową i choć jej nie ufał, wsadził do ust tabletki i popił je szybko wodą.


Calum

         Usiadł na materacu, obejmując się ciasno, jakby to miało mu pomóc w tym, by się nie rozpaść. A psychicznie był tego bliski. Szczególnie po tym wszystkim, co dzisiaj stało się na jego oczach.
        Najpierw Deborah zmusiła go do nieuczciwej walki z Benem. Sam do końca nie wiedział, skąd wzięła się u niego taka agresja. Najpierw traktował to, jak obronę własną przed niebezpiecznym napastnikiem. Potem… Potem ta walka zmieniła się w coś innego. To on był oprawcą. Zawahał się tylko raz, a potem bez mrugnięcia okiem rzucił się na niego, mając gdzieś to, że Ben i tak był na straconej pozycji. Chciał zadzwonić do rodziców. Chciał usłyszeć matkę lub ojca. I nagle wszystko się zmieniło.
         Deborah kazała mu stanąć do tej gry z Lukiem. Hood skarcił się w myślach za to, co przyszło mu do głowy z samego początku. Był tak nabuzowany tymi wszystkimi emocjami, że faktycznie był wstanie rzucić się nawet na Hemmingsa. Zrobić wszystko, by osiągnąć cel i zdobyć nagrodę. Przez to czuł się jeszcze gorzej. A potem… Potem Luke się odezwał i Calum wrócił na ziemię. Nie mógł tego zrobić. Nie mógł od tak, szarpać się z przyjacielem. Blondyn miał rację… Nagroda nie była tego warta.
- Calum.
         Alice ukucnęła obok niego, dotykając lekko jego dłoni. Drgnął przenosząc na nią swoje ciemne oczy. Widział jej zatroskaną i przerażoną twarz. Nie wytrzymał i po prostu rozpłakał się, jak dziecko.
        Po chwili poczuł, jak jej ramiona owijają się wokół niego. Jęknął cicho pod nosem, bo gdzieś w środku czuł, że nie zasługuje na jakiekolwiek współczucie. Bo Deborah sprawiła, że przez chwilę Calum był taki, jak oni. Zły i pusty w środku.
- Będzie w porządku. Luke jest w dobrych rękach – wyszeptała, przejeżdżając po jego plecach w kojącym geście. Pierwszy raz widziała go w takiej rozsypce. I to wcale jej się nie podobało. Zaczynała podejrzewać, że Deborah doprowadziła do wszystkiego celowo. By po kolei ich łamać.
- Ja… Ja naprawdę chciałem to zrobić – wydusił z siebie. Oderwał się od niej, wiedząc, że jeśli powie to na głos, to być może poczuje się lepiej.
- Co chciałeś zrobić Cal? – zapytała szeptem Alice, ujmując jego twarz w dłoniach. Przejechała palcami po jego policzkach, usuwając z nich słone łzy.
- Z początku… Z początku naprawdę chciałem się na niego rzucić – odpowiedział, przełykając łzy. Większość z nich i tak wypłynęła z jego ciemnych oczu. – Chciałem zdobyć tą pieprzoną nagrodę. A potem… Potem Luke się postawił i poczułem się, jak skończony kutas.
- Ona właśnie na to liczyła…
- Chciałem pokonać własnego kumpla dla telefonu… Chciałem przełożyć jego zdrowie nad własne pierdolone dobro!
- Już… Spokojnie – odparła, ponownie przesuwając palcami po jego twarzy. – To normalne. Grała na uczuciach i na emocjach. Zobacz do czego zmusiła Fel…
- Ja nie potrafiłem tak się jej postawić – jęknął, odsuwając się od niej. – Ja nie potrafiłem powiedzieć jej nie. Jak ja później spojrzę mu w oczy Alice.
- To nie twoja wina.
- Moja. To powinienem być ja, a nie on. – Dziewczyna znów ujęła jego twarz w dłoniach, zmuszając go do tego, by na nią spojrzał.
- To nie jest twoja wina – powtórzyła powoli, nie odrywając wzroku od jego zaczerwienionych oczu. – Nigdy nie myśl, że to twoja wina! – Calum wziął głęboki oddech, a on objęła go mocniej. Wtulił się w nią, a ona pozwoliła mu na to, by moczył łzami jej czarną koszulkę.


Ashton

         Usiadł na łóżku, czując na sobie spojrzenie Vivien. Dziewczyna odłożyła łańcuchy, chustę i obrożę na bok. Podeszła do niego, a on poczuł, jak pod jej ciężarem ugina się materac. Podniósł głowę i odwrócił się w jej stronę, dopiero wtedy, gdy cicho westchnęła.
- Myślisz, że nic mu nie będzie? – zapytał niemalże szeptem.
- Mam taką nadzieję.
- Ja też… Ja też mam taką nadzieję. – Po plecach szybko przebiegł mu dreszcz.
- Co jest?
- Nic. Po prostu… Byłem w stu procentach pewny, że ona pociągnie za spust – wyszeptał, a po plecach znów przeszły go ciarki. Nawet nie próbował zaprzeczać temu, że był przerażony. W tamtym momencie był śmiertelnie przerażony. Szczególnie, że Deborah była nieobliczalna. Poczuł, jak Vivien przejeżdża dłonią po jego ramieniu.
- Wyrwiemy się stąd Ash. Musisz tylko jeszcze odrobinę wytrzymać.
- Wiem… Ale to takie… Nie wiem… Moje życie było w rękach Felicity. Przez chwilę byłem nawet pewny tego, że szantaż Deborah nie wypali. Że ona nie zgodzi się na to, by zrobić krzywdę Lukowi.
- Fel nie jest głupia. Widząc całą tą sytuację, nie pozwoliłaby, aby zginęła niewinna osoba. – Ash kiwnął lekko głową.


Felicity

       Przez całą drogę do pokoju, mówiła do niego, że musi jeszcze trochę wytrzymać. Widziała, jak krzywił się na każdym kroku i jak walczył sam ze sobą, by tylko nie opaść z sił. W końcu znaleźli się w środku, w miejscu, w którym Luke czuł się najbezpieczniej.
       Zamknęła za nimi zasuwę, a potem powoli ruszyła w stronę łóżka. Hemmings w połowie drogi jęknął i niemalże osunął się na podłogę. Zdołała jednak go zaasekurować. Przycisnęła go do siebie tak mocno, że doskonale słyszała jego słaby, charczący oddech. Był wykończony i wcale mu się nie dziwiła.
- Luke, jeszcze kawałek.
        Kiwnął jej głową, a ona zacisnęła usta. Chciała, jak najdłużej powstrzymać się od rozsypki psychicznej, która nad nią wisiała. A jeszcze dziś przed południem mówiła, że nie zrobi mu krzywdy. Deborah zmusiła ją do tego, by złamała swoje słowa.
        Posadziła go na łóżku, a następnie ściągnęła z niego swoją bluzę i obrożę. Rzuciła je na podłogę. Luke zakołysał się, a następnie oparł o nią, łapiąc oddech. Usiadła obok niego, zasłaniając dłonią usta. Z jej oczu wypłynęły słone duże krople łez. Pierwszy raz płakała w jego towarzystwie. Teraz czuła się kompletnie bezsilna.
- Połóż się Luke- powiedziała cicho, przecierając ręką oczy.
- Dasz… dasz mi pić?
- Pewnie.
        Wstała z miejsca, zerkając a niego. Oparł się o swoje kolana, utrzymując w ten sposób równowagę. Podeszła do biurka i złapała za butelkę z wodą. Następnie wróciła do niego, znów zajmując miejsce obok. 
        Po raz kolejny wytarła dłonią mokre od łez oczy. Okręciła wodę. Blondyn znów się o nią oparł. Przystawiła butelkę do jego ust i lekko ją przechyliła. Stróżka wody wypłynęła poza kąciki jego warg. Nagle zakrztusił się, a ona odsunęła od niego butelkę.
- Powoli…
- Przepraszam – wyszeptał Luke, a ona spojrzała na niego z niedowierzaniem. – Wiem, że… nie powinienem się… jej stawiać.
- To nie twoja wina Luke – odparła wilgotnym głosem, pozwalając na to, by kolejne łzy wypłynęły z jej oczu. – To wszystko przez nią. – Dotknęła ręką jego twarzy. – To ja powinna cię przeprosić.
- Nie… to nie ty… Dzięki tobie Ashton nadal żyje.
- Za to ty jesteś ledwo żywy.
- To już nie… To już nie istotne – powiedział. Westchnął ciężko i spojrzał na nią. – Nie płacz…
        Gdy tylko to powiedział, Felicity rozpłakała się jeszcze bardziej. Czuła poczucie winy za to, że była zmuszona przyłożyć do tego rękę. Że musiała zadać mu tyle bólu, który nie szybko się skończy. Że doprowadziła go, do takiego stanu. Zagryzła mocniej wargę, a potem zakręciła butelkę odkładając ją na szafkę stojącą przy łóżku.
- Połóż się – powiedziała, wstając.
- To nie jest twoja wina – powtórzył mocniejszym głosem, a potem zatrząsł się. 
        Jego twarz była blada i mokra od potu. Przyłożyła rękę do jego czoła. Chłopak był rozpalony. Była pewna, że jego ciało reaguje gorączką na to, co stało się w sali.
        Pomogła mu się położyć, starając się nie dotykać jego pleców. Ułożyła go na brzuchu, podkładając pod jego klatkę piersiową zwinięty koc, by łatwiej było mu oddychać. Pocałowała go w czoło, a potem poszła do łazienki.
         Zatrzymała się przy lustrze. Spojrzała na swoje odbicie. Jej twarz lśniła od łez, a makijaż lekko się rozmazał. Doprowadziła się szybko do porządku, wiedząc, że teraz musi wziąć się w garść. Musi się teraz zająć Lukiem najlepiej, jak umiała.
        Otworzyła szafkę i wyciągnęła z niej apteczkę. Przewróciła całą jej zawartość. Były tu małe gazy, bandaże i plastry. Nie miała jednak niczego większego, ani niczego przeciwbólowego. Całe zapasy jej się pokończyły, a ona nawet nie pamiętała o tym, by je uzupełnić.
        Odrzuciła apteczkę z powrotem na miejsce, a następnie wyszła z łazienki. Podeszła do łóżka i ukucnęła przy blondynie. Przejechała placami przez jego włosy, a on spojrzał na nią.
- Muszę zostawić cię na chwilę samego.
- Nigdzie się nie wybieram – odpowiedział cicho.- Wrócisz?
- Wrócę szybko. – Pokiwał tylko głową.
         Wyszła z pokoju. Przeszła na sam koniec pustego korytarza. Miała nadzieję na to, że Garnson będzie w Gnieździe. Potrzebowała jego pomocy, a raczej tego, do czego miał dostęp. 
         Zatrzymała się przed jego drzwiami i od razu zapukała. Poczuła ulgę słysząc kroki. Po chwili drzwi otworzyły się, a przed nią stanął Troy. Uśmiechnął się na jej widok, ale mina szybko mu zrzedła, widząc jej twarz.
- Co się stało?
- Mogę wejść?
         Bez słowa przepuścił ją, a ona weszła do środka. Pokój ten był biały, jak każdy inny w tym budynku. Troy ozdobił go jednak licznymi plakatami zespołów, które lubił najbardziej. Na środku pomieszczenia stało olbrzymie i wysokie łóżko. Po jednej stronie znajdował się szereg ciemno brązowych szafek, a naprzeciwko długie biurko i dwa komputery.
- Powiesz mi, co się dzieje?
- Potrzebuję paru rzeczy.
- Fel, na Boga, gadaj, co się kurwa dzieje?! - Podniosła głowę, by na niego spojrzeć. – W tym stanie mnie przerażasz.
- Chodzi o Hemmingsa – wydusiła z siebie. Troy uniósł brwi do góry, nie spuszczając z niej swoich zielonych oczu.
- Co zrobiła tym razem? – zapytał, łącząc szybko wszystko w jedną całość.
- Zarządziła mu chłostę – odpowiedziała, pomijając fakt, że do tego doszło przy użyciu jej rąk. – A ja… Ja nie mam nawet, czym go opatrzyć. Dlatego…
- Dobra – przerwał jej, a następnie podszedł do szafy. – Na szczęście ostatnio zrobiłem spory zapas dla Medyków i nie wszystko jeszcze rozdałem. – Otworzył ją i zaczął przeglądać jej zawartość. – Jak mniemam ma pokaleczone plecy.
- Tak.
- Mocno?
- Nie wiem… Jeszcze nie sprawdziłam.
- Okej – rzucił, kiwając głową. Rozejrzał się i złapał za siatkę. – Chodź tu. –Podeszła do niego. – Mam większe gazy, które ci się przydadzą. Dorzucę ci do kompletu plastry, bo nie owiniesz go bandażem. Zresztą lepiej, by opatrunek mocniej przepuszczał powietrze. Jak rany będą większe, po porostu złączysz jedną gazę z drugą. – Wrzucił to wszystko do siatki. Następnie wyciągnął podłużną białą tubkę. – To też ci dam. Przyda się później. Ta maść zmniejsza widoczność blizn. Może ci się przydać, jak byś chciała, aby Hemmings nadal prezentował się nienagannie. Do stosowania dwa razy dziennie. – Zanurkował w szafie po raz kolejny, wyciągając kolejną tubkę. – To, do stosowania na teraz. Też dwa razy dziennie przy zmianie opatrunków. Maść do nakładania na rany. Pomaga się im zagoić i przeciwdziała powstawaniu infekcji. Chcesz też coś przeciw bólowego?
- Tak.
- W takim razie dam ci dwa różne. Jedno – pokazał większe pudełko – jest nieco słabsze i łagodniejsze. Możesz od tego zacząć. Dodatkowo działa przeciwgorączkowo. Można to brać do sześciu tabletek na dobę. Te drugie – wskazał na mniejsze pudełko – są o wiele mocniejsze, dlatego podawaj mu je w ostateczności. Nieźle przymulają i działają usypiająco, ale są naprawdę szybkie i skuteczne. Mogę śmiało je określić mocno przeciwbólowymi. No i potrafią zwalić z nóg nawet największego twardziela.
- Okej… Dzięki.
- Dam ci jeszcze coś, co można nazwać sztucznymi szwami. Te małe paski pomogą zasklepić się większym ranom. Mogą ci się przydać, jak okaże się, że jego plecy są w fatalnym stanie.
- Dzięki. Naprawdę wielkie dzięki.
- Masz szczęście, że cię lubię Sanderson – powiedział z uśmiechem. – I głowa do góry. Facet się pozbiera do kupy.
- Mam nadzieję. Jeszcze raz dzięki.
       Pożegnała się szybko z Tory’em, a potem wyszła na korytarz. Dopiero wtedy zorientowała się, że z sali nie zabrała łańcuchów, ani chusty blondyna. Miała tylko nadzieję, że nikt tego nie zauważył, bo miałaby kłopoty. Deborah jasno powiedziała, że chłopaki mają poruszać się zakuci i ślepi. Niewiele myśląc ruszyła w stronę schodów.
        Zbiegła na dół, a potem, jak burza wpadła do sali. Na szczęście była pusta. Zabrała rzeczy Hemmingsa i wróciła z nimi na górę, licząc na to, że nikt jej nie zauważy. Ale korytarze nadal były puste.
        Weszła do pokoju. Zamknęła za sobą zasuwę i odwróciła się. Zamarła, wpatrując się w łóżko. Luke znikną. Przez chwilę ogarnęła ją panika. A co, jak wpadli tu ludzie Deborah i go zabrali? Nagle jednak usłyszała dźwięk spuszczanej wody, dochodzący z łazienki. Odetchnęła z ulgą.
        Odrzuciła siatkę na materac i ruszyła w kierunku chłopaka. Weszła do środka. Luke właśnie klęczał na ziemi, opierając się rękami o deskę. Była pewna, że przed chwilą musiał wymiotować. Oparł głowę na przedramieniu, dysząc ciężko. Ukucnęła obok niego, lekko dotykając jego ramienia. Spojrzał na nią. Nadal był blady i spocony. Zagryzł wargę, wracając do poprzedniej pozycji.
- Lepiej ci?
- Nie wiem – odpowiedział, a potem cicho jęknął. – Jezu… Ale tu gorąco.
- Tak ci się wydaje – rzuciła, przejeżdżając dłonią przez jego blond włosy. – Jak widzę dałeś radę sam tu dojść.
- Musiałem. Nie chciałem zapaskudzić ci łóżka, ani podłogi. Choć nie byłem… Nie byłem pewny, czy dam w ogóle radę to zrobić – odpowiedział, a potem skrzywił się. – Daj mi chwilę…
- Dalej ci niedobrze?
         Zdążył tylko pokiwać głową, a potem znów nachylił się nad ubikacją, zwracając to, co zalegało mu w żołądku. Widziała, jak mocniej zaciska palce. Jak kolejne stróżki potu spływają mu po białej, jak ściana twarzy. Drżał już na całym ciele, a to wcale jej się nie podobało.
- Nie patrz na to – mruknął i znów zwymiotował.
- Widziałam gorsze rzeczy – odparła, klepiąc go po ramieniu. Odczekała dłuższą chwilę.– Już?
- Tak, już – rzucił, kiwając głową.
- Chcesz jeszcze tu posiedzieć?
- Nie. Pod tym względem chyba mi już lepiej.
         Wstała i nacisnęła spłuczkę. Podeszła do umywalki. Złapał za kubek i napełniła go wodą. Z nim wróciła do Luke'a. Podstawiła mu go pod nos, a on złapał go drżącą ręką. Opłukał usta, a potem oddał jej kubek. Odłożyła go na bok, by pomóc mu wstać. Znów oparł się na jej ramieniu. Poprowadziła go z powrotem do łóżka.
- Poczekaj, ściągnę ci spodnie.
         Luke zaasekurował się o jej plecy. Pociągnęła za sznurki, by rozwiązać mu brudne od krwi dresy. Następnie zsunęła je na dół. Blondyn dalej się trząsł, a ona miała wrażenie, że teraz robił to mocniej. Usiadł na łóżku. Ściągnęła mu buty i do końca spodnie.
- Mogę się położyć? – zapytał cicho.
- Co się dzieje?
- Trochę mi słabo – powiedział, spuszczając głowę w dół.
- Okej… Kładź się.
         Pomogła mu to zrobić, a Luke zaczerpnął głośniej powietrza. Felicity rozejrzała się po pokoju, szukając pomysłu na to, by zdjąć z niego koszulkę. Nagle jej wzrok natrafił na nożyczki. Szybko wstała z miejsca i podeszła do biurka. Chwyciła za nie i wróciła do blondyna. Hemmings drgnął, gdy zaczęła rozcinać mu brudną białą bluzkę.
- Co ty…
- Muszę jakoś dostać się do twoich pleców, a to jest całkiem dobra metoda na to, by cię zbytnio nie męczyć – powiedziała, jadąc nożyczkami wzdłuż szwu. – Pewnie zacznie się teraz mało przyjemna część.
- Domyślam się.
          Przecięła ją całą. Luke uniósł się nieco do góry, a ona wysunęła z pod niego połowę materiału. Druga nadal przyklejona była do jego pleców. Zebrała wszystkie brudne rzeczy i wróciła do łazienki. Wpakowała je do siatki, zawiązała ją i wrzuciła do śmietnika. Napełniła miskę wodą. Wzięła czysty ręcznik oraz apteczkę i z tym wszystkim wróciła do pokoju. Ponownie usiadła obok niego.
-To może boleć – powiedziała, sięgając po paczkę z bandażem. Otworzyła ją i wyciągnęła z środka biały rulon. – Trzymaj, możesz na tym zacisnąć zęby.
- Myślisz, że będzie bolało, aż tak?
- Mam nadzieję, że nie, kotku – odpowiedziała, głaszcząc go po głowie. Luke przejął od niej rulon i włożył go do buzi. – Gotowy?- Pokiwał głową.
         Nachyliła się nad nim. Złapała za początek materiału i delikatnie pociągnęła go w dół. Wzięła głęboki oddech, gdy doszła do pierwszej otwartej rany. Jej palce mocniej zacisnęły się na tym, co zostało z jego koszulki. Znów pociągnęła materiał w dół, a Luke syknął pod nosem. Poczuła, jak jego mięśnie spięły się.
- Przepraszam – wydusiła z siebie.
- Zrób to szybko – poprosił.
         Nabrała powietrza w płuca i znów pociągnęła materiał w dół. Blondyn mocniej zacisnął zęby na bandażu, a jego palce ścisnęły poduszkę, którą miął pod głową. Felicity wzięła kolejny głębszy oddech i znów to zrobiła. Luke krzyknął, wciskając twarz w pościel, która nieco stłumiła jego głos.
- Już kończę… Naprawdę już kończę – wymamrotała, czując, jak do jej oczu znów napływają łzy. – Wytrzymaj jeszcze chwilę.
         Zrobiła to ponownie, nie odrywając wzrok od chłopaka. Tym razem Luke nie wydał z siebie żadnego dźwięku, ale pojedyncze łzy bólu wypłynęły z jego oczu, mocząc i tak już wilgotne policzki. Dopiero po chwili jego ciało, które przez cały czas było maksymalnie spięte, rozluźniło się. Słyszała, jak ciężko oddycha.
         Spojrzała na jego skórę. Wstrzymała powietrze w płucach, zasłaniając usta dłonią. Jego plecy pokrywały się mniejszymi, a także kilkoma większymi ranami. Z niektórych miejsc w dalszym ciągu wypływała leniwie krew. Wszystko było mocno zaczerwienione. Ten widok, tylko wzmocnił w niej poczucie winy.
- Mam nadzieję, że to będzie mniej boleć – powiedziała, nachylając się w stronę miski. Zamoczyła w niej ręcznik i powoli zaczęła przemywać mu ubrudzone krwią miejsca, pomijając otwarte rany.
- Jest okej- odparł, trzęsąc się.
- Nadal ci zimno? – Pokiwał głową. – Zaraz skończę. - Kiedy pozbyła się śladów krwi, złapała za tubkę i gazy. Otworzyła paczkę i odkręciła maść. – Daj znać, jak będzie cię boleć. - Zdążyła posmarować mu jedną większą ranę, a Luke syknął pod nosem. – Przepraszam.
- Wytrzymam, nie przerywaj.
         Felicity pokiwała głową, choć on tego nie widział. Otworzyła sztuczne szwy i nakleiła pierwsze z nich. Następnie wszystko to przykryła podwójną warwą gazy. Powoli przemieszczała się w bok, a potem w dół, by wszędzie założyć mu opatrunki. Luke co chwilę krzywił się lub syczał cicho pod nosem, ale ona nie przerwała, ani razu. Wolała to zrobić szybko, niż rozkładać jego cierpienie na części. Gdy gazy było rozmieszczone w odpowiednich miejscach, nakleiła plastry.
- Okej, po wszystkim. Nadal jest okej?
- Tak. Jest okej- odpowiedział, rozluźniając się.
- Dam ci jeszcze coś na gorączkę i przeciwbólowego.
- Fel?
- Tak?
- Nie jestem pewny, czy dam radę to przełknąć.
- Dasz radę – rzuciła, klepiąc go lekko po udzie. 
        Wstała z łóżka, zbierając rzeczy. Część z nich trafiła do śmietnika, a część do apteczki. Odłożyła ją na szafkę, a następie podeszła do Luke'a. Okryła go kołdrą. Podeszła do lodówki. Na górze, w jednym z kubków, znajdowały się małe łyżeczki. Wzięła trzy i wróciła z nimi do blondyna.
        Jedną łyżeczkę ustawiła na szafce. Otworzyła paczkę z tabletkami i wyciągnęła dwie z nich. Postanowiła na początek zaserwować mu podwójną dawkę słabszych pigułek, które dostała od Troy’a. Najpierw włożyła jedną między dwie łyżeczki i rozgniotła ją. Pokręciła górną łyżką, rozcierając lek jeszcze bardziej. Następnie wsypała ją na łyżeczkę, która leżała na szafce. Z drugą tabletką zrobiła to samo.
- Luke – odezwała się. Chłopak otworzył oczy. – Nadal jest w porządku?
- Tak…
- Okej, podnieś się trochę. - Hemmimgs przechylił się lekko na bok. Skrzywił się, unosząc się na łokciu. – Weźmiesz to na dwa razy. – Pokiwał głową, a ona zbliżyła do jego ust pierwszą łyżeczkę. Kiedy jej zawartość zniknęła, podała mu szybko wodę. Popił pierwszą z nich. Potem zażył następną. – Dobra, kładź się i spróbuj zasnąć.
- Będziesz tu? – zapytał, ujmując jej dłoń.
- Będę. Zresztą robi się późno, więc sama chyba położę się już spać.
- Za mną?
- Z tobą kotku – rzuciła z lekkim uśmiechem i nachyliła się nad nim, by delikatnie musnąć jego wargi swoimi. Zacisnął nieco mocniej palce wokół jej dłoni. – Śpij, Luke.


Luke

         Myślał, że najgorsze ma już za sobą. Jednak kiedy w środku nocy obudził go potworny ból w plecach, wiedział, że najgorsze jest dopiero przed nim. Miał wrażenie, jakby znów palono mu skórę. Rany piekły i szczypały go tak bardzo, że promieniowały na inne części jego ciała. Ból ten był tak silny, że nie mógł skupić się na niczym innym, jak tylko na nim.
        Jęknął pod nosem, mocniej zaciskając dłonie na pościeli. Poczuł, jak stróżka potu spływa mu po twarzy. Wcisnął usta w poduszkę, modląc się o to, by nie krzyknąć. Nie był jednak pewny, jak długo uda mu się to wytrzymać.
        Nagle poczuł jej dłoń, która przesunęła się po jego ramieniu. Ten gest nieco go uspokoił, ale nie spowodował zmniejszenia się pieczenia na plecach. Dopiero teraz zdał sobie sprawę z tego, że cały drży. W ustach zrobiło mu się nieprzyjemnie sucho.
- Luke – wyszeptała, nachylając się nad nim. – Co się dzieje?
- To tak cholernie boli.
- Zaraz dam ci coś przeciwbólowego.
        Usłyszał, jak wstaje z łóżka. Błysnęło lekkie światło. Felicity zapaliła lampkę. Słyszał, jak chodzi po pokoju, a potem, jak siada z powrotem na materacu. Rozgniotła tabletki, z tego co się zorientował -dwie – tak, jak wcześniej. Potem poprosiła, by nieco się podniósł. Podała mu je na dwóch osobnych łyżeczkach, a on popił to dużą ilością wody.
        Położył się z powrotem, wracając do poprzedniej pozycji. Podkurczył nogi, jakby to miało mu pomóc. Zaciskał powieki, starając się skupić na czymś innym, ale ból w plecach mu to uniemożliwiał. W pewnym momencie poczuł, jak Felicity kładzie się obok niego. Złapała jego dłoń, splatając ją ze swoją, a on zacisnął palce wokół jej skóry.
        Syknął głośniej pod nosem. Fel ponownie przejechała dłonią po jego ramieniu. Usłyszał swój nieco przyspieszony oddech. Próbował się skoncentrować na tym, by go uspokoić. Nic to jednak nie dało.
- Kurwa – wydusił z siebie, mocniej przyciskając się do poduszki. Nie mógł tego kontrolować, więc z jego oczu wypłynęły pojedyncze łzy.
- Boli cię, aż tak? – Pokiwał głową. – W skali od jeden do dziesięć?
- Dziesięć – rzucił, starając się nie ruszać. Pomyślał, że jak może przestanie się wiercić, to ból zmaleje.
- Okej. Dam ci coś jeszcze.
        Ponownie poczuł, jak wstaje. Miał wrażenie, że od tego wszystkiego zaczyna szumieć mu w głowie. Zapragnął tego, by Fel zrobiła coś, co pozwoli mu przestać czuć. Przestać czuć cokolwiek. W tym momencie nawet śmierć wydawała się bardziej optymalnym wyjściem, niż to na jakie tortury skazywało go jego ciało, które usilnie starało się leczyć.
       Felicity wróciła do niego z kolejną tabletką, rozdrobnioną na łyżeczce. Podała mu ją, a on szybko popił ją wodą, mając nadzieję, że to mu pomoże. Położył się, zaciskając mocno usta.
- Błagam cię, zostań ze mną – powiedział, gdy Fel odsunęła się od niego, by odłożyć butelkę i łyżeczkę z powrotem na szafkę.
- Nigdzie nie idę, kotku– odpowiedziała, głaszcząc go po głowie. 
        Ułożyła się blisko niego, a on wtulił się w nią, zaciskając palce na koszulce, w której spała. Wsunęła palce w jego włosy, przejeżdżając przez nie delikatnie palcami. Starał się skupić na tym przyjemnym uczuciu, jakie zawsze towarzyszyło mu, gdy to robiła.
         Po chwili cały świat zaczynał się od niego oddalać, a on nie był pewny, co się dzieje. Było to porównywalne do snu, który nagle łapie cię w swoje szpony i z całej siły ciągnie do tego dziwnego, wyimaginowanego świata. Luke nie był pewny, czy ma z tym walczyć czy kompletnie odpuścić. Jednak, gdy zdał sobie sprawę, że ból w plecach staje się coraz mniejszy, poddał się temu. Nawet nie wiedział, w którym momencie zasnął. 



***
Następny rozdział za nami. Ucieczka jednak nadal, gdzieś wisi w powietrzu, ale zanim do niej dojdzie, jeszcze trzeba trochę bohaterom pokomplikować życie. Ale już się zamykam, by nic nie zdradzić :)

Mam nadzieję, że rozdział przypadł wam do gustu.

Dziękuję bardzo za wasze komentarze! Cieszę się, że poprzednia część się wam spodobała :)

Kolejny rozdział tradycyjne w następny piątek.

Pozdrawiam!

2 komentarze:

  1. LOOOL??? Czyżby Parker coś ruszyło względem Clifforda, czy to jednorazowe pokazanie odrobiny wrażliwości ze strony tej panny? Aż się serio zdziwiłam O_O Calum skarbie to nie była twoja wina!!! Szkoda mi go naprawdę, aż mnie serducho się ściska. Uwielbiam Fel i to w jaki sposób dba o naszego blondasa. Luke błagam trzymaj się i wytrzymaj to. Prawie się poryczałam, jak to czytałam - serio. Biedny Hemmo. Mam nadzieję, że teraz będzie z nim już tylko lepiej. Deb nadal cię nienawidzę!
    Z niecierpliwością czekam na kolejny rozdział!!! I aż muszę tyle wytrzymać!
    Pozdrawiam Milena

    OdpowiedzUsuń
  2. Boże biedny Luke mam nadzieje ze szybko dojdzie doxsiebie czekam z niecierpliwością na next

    OdpowiedzUsuń