piątek, 4 września 2015

19 "Musisz znaleźć w sobie jeszcze odrobinę siły"

Uwaga!
Uprzedzam, że w tej części pojawia się nieco bardziej brutalniejsza scena, a także opisy, które nie każdemu mogą się spodobać.


Luke

         Jego palce mocniej zacisnęły się na poduszce, tuż przy jej głowie. Jęknął głośniej, by po chwili dojść w jej ramionach. Felicity zadrżała, mocniej go obejmując. Słyszał swój przyspieszony i nieco zachrypnięty oddech, który mieszał się z oddechem czarnowłosej dziewczyny.
         Uniósł się na rękach, spoglądając w jej ciemne oczy. Uśmiechnęła się do niego lekko, a on musnął jej usta swoimi, przejeżdżając dłonią wzdłuż jej ciała. W tym momencie nie było ważne to, że nadal tkwi w Gnieździe, że nadal ma status porwanego. Teraz liczyła się tylko ta chwila. On i ona.
- Jesteś najlepsza – powiedział, dotykając kciukiem jej dolnej wargi.
- Wcale nie – mruknęła, krzywiąc się.
         Odepchnęła go od siebie, a on padł na poduszki obok. Felicity podciągnęła kołdrę prawie po samą szyję. Luke przekręcił oczami. Za każdym razem, gdy mówił do niej te lub podobne słowa, ona zamykała się w sobie, dalej twierdząc, że w tej historii należy do czarnych charakterów. Obojętnie, jak bardzo by się starał, ona zawsze trwała przy swoim.
- Nigdy nie zrobiłaś mi krzywdy – pociągnął, przybliżając się do niej.
- I wiesz, że nie zrobię…
- Jesteś najlepsza.
- Przestań Luke…
- Jesteś – rzucił z pewnością w głosie, a następnie cmoknął ją w nos. 
         Objął ją ramieniem i przysunął do siebie jeszcze mocniej. Wtuliła się w niego, opierając głowę o jego klatkę piersiową. Przejechał dłonią po jej plecach, a ona lekko zacisnęła palce na jego skórze. Uśmiechnął się pod nosem, zerkając na dziewczynę. Chciałby poznać się z nią w zupełnie innych okolicznościach. Chciałby, by to wszystko się nie wydarzyło. By nie tkwili w tym świecie, który jest po prostu zły. Chciałby być z nią w zupełnie innym miejscu i czasie. Tam gdzie nie ma strachu, bólu i łez. Gdzie jest szczęście i wolność, a oni czerpali by z tego garściami, nie oglądając się za siebie.


Alice

         Przerzuciła kolejną zapisaną kartkę, wpatrując się w drobny druk. Wzięła sobie za cel, że znajdzie sposób na pozbycie się żelaznych krat, które przecinały im drogę ucieczki w podziemiach. Musiało to być coś, co nie zwróci zbytniej uwagi pozostałych mieszkańców Gniazda, a jednocześnie na tyle skuteczne, że otworzy im drogę do lasu.
        Podniosła głowę, gdy Calum opadł na materac tuż obok niej. Spojrzała na niego. Chłopak wlepiał w nią ciemne oczy, lekko zagryzając wargę. Uniosła brwi do góry, czekając, aż się odezwie.
- Ślęczysz nad tym od tak długiego czasu – zaczął powoli. – Powinnaś zrobić sobie przerwę.
- Przerwę? Nie mamy czasu na przerwę.
- Przegrzeje ci się mózg – skwitował rozbawiony, a ona uśmiechnęła się od niego. – I wtedy, co zrobimy?
- Jak wykorkuję, to będziesz miał jeszcze Fel i Vivien.
- To akurat nie było śmieszne – oznajmił, kręcąc głową.
         Alice wzruszyła ramionami i znów spojrzała na zapisane kartki. Zdążyła przeczytać jedno zdanie, gdy nagle jedna z poduszek poleciała w jej stronę, zahaczając o głowę. Spojrzała na Caluma, który zrobił minę niewiniątka. Od jakiegoś czasu Hood stał się bardziej pogodny i rozrywkowy. A to bardzo jej odpowiadało, bo nie pogrążał się w ponurych myślach, tylko starał się, jakoś funkcjonować.
- Bardzo śmieszne- mruknęła, lekko uśmiechając się pod nosem.
         Znów wróciła do czytania. Teraz jednak zdążyła się tylko odwrócić, a kolejna poduszka pacnęła ją w plecy. Poderwała się z miejsca. Calum parsknął śmiechem. Alice złapała za poduszkę i rzuciła w niego. Odbiła się od jego klatki piersiowej.
- Chcesz wojny? – zapytał z uśmiechem, zaciskając palce na białej poduszce.
- Sam się o to prosiłeś – odpowiedziała, łapiąc za drugą.
         Calum zerwał się z miejsca w momencie, w którym Alice wzięła zamach. Zasłonił się poduszką, która odbiła się od jej broni. Poleciała na plecy, a on przystąpił do ataku, śmiejąc się, jak dziecko. Naparł na nią mocniej, więc nie mogła się podnieść. Chciała mu się wyrwać, ale on odrzucił poduszkę na bok. Złapał ją za ręce przyciskając je do pościeli, a wolną dłonią połaskotał ją po boku. Parsknęła śmiechem, a potem krzyknęła, nie mogąc wytrzymać tych słodkich tortur.
- No, weź… No, błagam…- powiedziała, walcząc z szybkim oddechem. Chłopak po raz kolejny zaśmiał się, a potem zawisł tuż nad nią.
- O, co błaga biedna pokonana Wilczyca?
- Nie pokonana…
- Och, jasne – powiedział ciszej. – Przyznaj, że wygrałem!
- Po moim trupie!
- W takim razie, jeszcze trochę łaskotek...
- Nie, nie, nie!
- Mówiłaś coś? – zapytał, dalej śmiejąc się pod nosem.
         Wstrzymała oddech. Dopiero teraz zdała sobie sprawę z tego, jak blisko siebie byli. Jak przekroczyli kolejną granicę, wygłupiając się ze sobą. To już nie było niewinne dotknięcie ręki, czy poklepanie kogoś po plecach. Dla niej to było coś znacznie większego.
         Zauważyła, że Calum przestał się uśmiechać. Jego ciemne oczy bacznie ją obserwowały, badając każdy skrawek jej twarzy. Zapatrzyła się na jego wargi, gdy zwilżył je językiem. I przez ten moment chciała je poczuć na swoich.
         Po raz kolejny wstrzymała oddech, gdy nachylił się jeszcze bardziej w jej stronę. Poczuła bijące od niego ciepło. Jego dłoń mocniej zacisnęła się na jej rękach, które nadal trzymał tuż przy jej głowie. Jego usta były coraz bliżej.
         Nagle jednak zatrzymał się. Odsunął się od niej, jakby przed chwilą ocknął się, z jakiegoś transu. Spojrzał na nią, a potem usiadł na łóżku, kręcąc głową. Alice zamknęła oczy, biorąc powolny oddech. Było tak blisko…
- Przepraszam –powiedział, odwracając się od niej. Usiadła, wlepiając w niego oczy. Spoglądał w stronę okna, opierając łokcie na kolanach.
- Spoko, nic się nie stało – odparła, odrzucając poduszki na swoje miejsce.
- Alice! – krzyknął nagle, a ona podskoczyła.
- Co? Co się dzieje?
- Kurwa, czemu wcześniej o tym nie pomyślałem- rzucił, odwracając się w jej stronę. – Te kraty… Kurwa, to takie proste…
- No, wyduś to z siebie.
- Kwas. Można je rozpuścić kwasem – pociągnął, a ona zrobiła wielkie oczy. – Nie puszczą od razu, trochę to potrwa, ale nie wymaga schodzenia do podziemi. Można to zrobić od drugiej strony, nie zbudzając podejrzeń.
- Jesteś genialny! – krzyknęła, rzucając się w jego stronę. Calum zrobił zaskoczoną minę, gdy Alice cmoknęła go szybko w policzek, a potem zerwała się z łóżka. – Wiem, skąd go zdobyć! Muszę wykonać telefon do pewnego dostawcy!


Vivien

         Zrobiła się spięta, gdy skończyła krótką rozmowę przez telefon. Deborah znów chciała, by dziewczyny przyprowadziły chłopaków do sali. A Vivien wcale się to nie podobało. Nienawidziła, gdy znikali za tymi wielkimi ciężkimi drzwiami. Wtedy nie wiedziała, co robią, a co gorsza, co robi im Deborah. A ona naprawę była niebezpieczna.
- Obiecaj mi – powiedziała, zaciskając bransolety na nadgarstkach Irwina. – Że obojętnie, co będzie się działo, nie będziesz się jej stawiał.
- Viv…
- Obiecaj mi to Ash – rzuciła, wlepiając w niego swoje zielone oczy. – Po porostu nie chcę, by coś ci się stało.
- Ej – powiedział, dotykając lekko jej policzka. – Będzie okej.
- Obiecaj mi – poprosiła ponownie.
- Obiecuję, że nie będę się jej stawiał, chyba…
- Nie, nie, nie! Żadnego chyba. Po prostu… Błagam… Nic nie rób, obojętnie do czego was zmusi.
- Okej, obiecuję – powiedział z uśmiechem. Spojrzała na niego i nie wiedzieć czemu, nie uwierzyła mu w to, że dochowa tej obietnicy.


Calum

        Gdy tylko zjawili się w sali, Deborah kazała ich rozkuć. Następnie dziewczyny opuściły pomieszczenie, zamykając za sobą drzwi. A potem znów musieli grać swoje kawałki. Przez to Hood miał wrażenie, że utknął w jakieś pętli czasowej, bo każde spotkanie w sali rozpoczynało się tak samo. Tylko finały były różne.
        Zauważył, że Deborah przyszykowała kilka worków i siatek. Przez to, przez cały okres gry na basie, zastanawiał się, co się w nich kryje. Co takiego ukrywają te z pozoru niewinne plastikowe worki? Czy wymyśliła kolejną pokręconą zabawę z ich udziałem? Niedługo po tym, otrzymał odpowiedź.
        Grali dla niej ponad godzinę, a ona, co jakiś czas kazała wygrywać swoją ulubioną piosenkę – Close as strangers. W pewnym momencie wyciągnęła telefon i wykonała dokładnie cztery rozmowy, nie spuszczając z nich swoich zimnych zielonych oczu.
         Gdy skończyli kolejny utwór, podniosła rękę, zarządzając koniec występu. Chłopaki bez słowa odłożyli instrumenty na ich poprzednie miejsce. Machnęła na nich ręką, a oni wyszli prawie na sam środek sali, automatycznie ustawiając się w szeregu.
         Nagle drzwi otworzyły się i do środka wróciły Wilczyce. Calum odetchnął z ulgą. Był pewny, że to koniec. Oderwał wzrok od twarzy Alice, która w tym momencie nie wyrażała żadnych emocji, przenosząc swoje ciemne oczy ponownie na Deborah. Jej zielone tęczówki zalśniły z ekscytacją. A to zupełnie mu się nie spodobało. Gdzieś w środku skarcił się za to, że tak szybko wypełniła go nadzieja, na powrót do pokoju. Teraz wiedział, że to jeszcze nie koniec.
- Siadać – powiedziała Deborah do swoich Wilczyc, wskazując im cztery krzesła, ustawione po drugiej stronie sali. Usiadły na nich. – Zorganizowałam nam małą rozrywkę w formie pokazu. Wiem jednak, jak te z pozoru niewinne psiaki – pociągnęła, spoglądając na zespół – na was oddziałują, więc od razu uprzedzam. Wystarczy jedno słowo, jeden nieodpowiedni ruch, a nie skończy się to dobrze dla tego zwierzaka, którego opiekunka postanowi zainterweniować. Możecie być pewne, że spędzą długi czas w pewnym milusim pokoju z kafelkami, który znajduje się pod nami.
        Calum przełknął ślinę, gdy wspomniała o pomieszczeniu, w którym on i reszta została mocno pobita, za próbę ucieczki. Naprawdę nie chciał tam wracać. Spojrzał błagalnie w stronę Alice, licząc na to, że obojętnie, co będzie się działo, ona nie zareaguje. Dziewczyna nadal nie pokazywała swoich emocji, choć Calum wiedział, że w środku musiało ją roznosić. W maskowaniu się była jednak tak dobrze wyćwiczona, że gdyby Hood jej nie znał, z pewnością uznałby, że słowa Deborah wcale jej nie ruszają.
- Deborah, o co chodzi? – odezwała się Parker, a kobieta uśmiechnęła się do niej.
- Będzie to gra. A jak jest gra, to są też nagrody – odpowiedziała tajemniczo. – Najpierw jednak małe przetasowanie uczestników. – Odwróciła się w stronę Stevena, który przeważnie towarzyszył jej w sali lub czekał tuż przy drzwiach, na wypadek, gdyby chłopaki chcieli znów uciec. – Możesz po niego iść.
        Steven uśmiechnął się, kiwnął jej głową i ruszył w stronę drugich drzwi, za którymi znajdowało się zejście do piwnicy. Deborah odwróciła się i usiadła na wysokim skórzanym fotelu.
- Michael, chcę byś usiadł tu ze mną.
        Clifford od razu wystąpił z szeregu. Nie patrząc na resztę, skierował się w jej stronę. Następnie usiadł na podłodze, tuż przy jej nogach. Wsunęła mu palce we włosy, uśmiechając się szeroko. Przejechała nimi po jego głowie, a potem objęła go ramieniem. Hood walczył z tym, by się nie skrzywić. Nienawidził jej.
- Calum.
        Drgnął, gdy usłyszał, jak wypowiada jego imię. Niepewnie spojrzał w jej stronę, a ona utkwiła w nim swoje zielone oczy, które przyprawiały go o gęsią skórkę. Poczuł, jak jego serce przyspiesza. Co zamierzała zrobić?
- Będziesz pierwszy w tych zawodach – pociągnęła, wskazując mu ręką, by wyszedł z tego niewielkiego szeregu. Zrobił to od razu.
        Deborah już chciała odezwać się po raz kolejny, gdy drzwi do piwnicy otworzyły się. Do sali wrócił Steven. Nie był jednak sam. Tuż obok niego, szedł zgięty w pół młody mężczyzna. Jego twarz zakryta była czarnym materiałem, więc Calum dokładnie nie widział, kogo ustawiają naprzeciwko niego.
- Błagam, błagam zlituj się – wymamrotał, płaczliwym tonem. Hood poczuł, jak zrobiło mu się zimno.
- Znasz zasady Ben – powiedziała Deborah ze śmiechem. – Steven, wyjaśniłeś mu wszystko?
- Wszystko – odezwał się łysy mężczyzna.
- Świetnie, więc wiesz, o co grasz – pociągnęła kobieta. – A teraz zasady. Wiecie, jak wyglądają walki gladiatorów, prawda? – Calum przełknął ślinę. – To walka na śmierć i życie.
- Nie…  - wydusiła z siebie Vivien. Deborah zacmokała z niezadowoleniem pod nosem.
- Vivien, chyba jasno powiedziałam, co się stanie, gdy zaczniecie mi się stawiać.
- Przepraszam –wyszeptała Wilczyca.
- Wracając do zawodów. Nie będziemy tu jednak męczyć was na tyle, byście na naszych oczach się pozabijali. Chodzi po porostu o rywalizację. Jeśli przeciwnik padnie i nie będzie wstanie walczyć dalej, zwycięzca zgarnia pulę na swoją stronę. Calum i Ben jesteście pierwsi. Pokażcie mi, jak walczycie o swoje. – Hood wstrzymał oddech. – Wygraną dla tego członka zespołu, który nie padnie, jest możliwość wykonania telefonu do rodziny. – Mulat wytrzeszczył oczy, a Deborah zaśmiała się. – To chyba dobra nagroda, by o nią powalczyć. Michael oczywiście, jako mój ulubieniec i największy pupilek nie będzie brał w tym udziału. On dołączy się do wygranego – powiedziała, przesuwając szczupłymi palcami po jego skórze na szyi. – Ten, kto wygra będzie miał dwie minuty na rozmowę. On i Michael. – Następnie spojrzała na Stevena. – Ściągnij mu chustę.
         Steven podszedł do Bena. Szarpnął go, by znalazł się bliżej Caluma. Hood dokładnie obserwował to, jak łysy mężczyzna ściąga czarny materiał. A gdy to się stało, miał ochotę krzyknąć i zwymiotować jednocześnie. Ben mógł być przed trzydziestką. Należał raczej do chudzielców, a nie tych masywnych napompowanych gości, których tak często można było spotkać w Gnieździe. Mokre jasne włosy kleiły mu się do czoła, a usta pokrywały liczne strupy. Był cały spocony. Nie to jednak wywołało taką reakcję ze strony chłopaka. Tylko jego oczy… A raczej to, co z nimi zrobili. Ludzie Deborah zaszyli mu powieki, przez co Ben był kompletnie ślepy. Stróżki zaschniętej i zakrzepłej krwi ozdabiały jego twarz, nadając jej bardziej groźniejszy wygląd.
- O, Calum – powiedziała Deborah ze śmiechem. – Coś nie tak? – Wiedział, że gdy ona o coś pytała, to trzeba było odpowiedzieć, dlatego tylko przez chwilę sie zawahał.
- Jak… Jak mam to zrobić, gdy on… on nic…
- Nie przejmuj się tym – odparła, machając w jego stronę ręką. – Daję ci fory. Ty i twoi przyjaciele też podpadliście mi kilka razy, ale nie tak, jak on. Ben jest szumowiną…
- Przepraszam! – zaskomlał głośno, gdy wypowiedziała jego imię.
- Ben jest szumowiną i pieprzonym zdrajcą. Postanowiłam utrudnić mu zadanie, bo szczerzę pragnę, by przegrał. A ty, Calum, czuj się doceniony w tym, że darzę cię w pewnym sensie sympatią. W końcu jesteś moim pieskiem. – Uśmiechnęła się do niego, a on poczuł szybki dreszcz na plecach.- Nie bądź jednak zbyt pewny siebie, Calum. Ben wie, o co walczy i wierz mi… Będzie chciał to zdobyć. A to jest co? Wolność. – Poprawiła pozycję, w której siedziała, a potem znów objęła Michaela. – Przyjmijcie pozycje – zarządziła, wpatrując się w nich. – Gotowi? To do dzieła!
         Nie za bardzo wiedział, co powinien zrobić. Zaatakować pierwszy, czy czekać na jego ruch. Tą decyzję jednak podjął za niego Ben, który rzucił się w jego kierunku, jak zwierze. Calum nie był pewny, jak to zrobił, że dokładnie wiedział, gdzie powinien uderzyć.
        Wleciał na niego, zwalając go z nóg. Hood gruchnął o drewnianą podłogę. Poczuł, jak jego kości krzyknęły z bólu. Ben na oślep zamachnął się, trafiając go w szczękę. Miał wrażenie, że zabrzęczały mu wszystkie zęby, gdy uderzył go po raz drugi.
        Zacisnął usta. Nie mógł na starcie się poddać i czekać, aż tamten go wykończy. Niewiele myśląc uderzył go w bok, a potem w głowę, rozcinając mu skroń. Ciepła krew zalała mu koszulkę, a także dłoń, która miała styczność ze skórą Bena. Mężczyzna zakołysał się, a Calum jednym zgrabnym ruchem zwalił go z siebie.
- Brawo piesku! – krzyknęła Deborah.- Bierz go!
        Ben zatoczył się, podpierając się rękami. Już chciał się podnieść, ale Calum był szybszy. Zerwał się na równe nogi, a następnie kopnął go w bok. Mężczyzna upadł na podłogę, ciężko dysząc. Złapał go za koszulkę, przetrzymując go w jednej pozycji.
        Ben machał rękami, próbując go w jakiś sposób namierzyć, ale Hood był w tej komfortowej pozycji, że doskonale widział, gdzie wędrują jego dłonie. Zamachnął się, uderzając go w kark, a Ben znów padł na podłogę, niczym szmaciana lalka.
- Dobij go! Dobij! – zachęcała go Deborah. Hood się zawahał. Gdy ona to zauważyła, od razu dodała. – Wygrasz, jeśli powalisz go teraz na podłogę!
        Oddech Caluma był tak szybki, jakby właśnie biegł w maratonie. Zacisnął zęby, walcząc sam ze sobą. Co powinien zrobić? Odpuścić czy zaatakować po raz kolejny? A potem przypomniał sobie o nagrodzie. Będzie mógł zadzwonić do swojej rodziny. Będzie mógł znów usłyszeć swoja matkę lub ojca. To wystarczyło, by mógł podjąć decyzję.
        Rzucił się na niego po raz kolejny. Warknął pod nosem, uderzając go w tył głowy. Następnie przekręcił Bena na plecy. Usiadł na nim okrakiem. Mężczyzna wyciągnął ręce w jego stronę, chcąc się ratować. Mulat poczuł, jak jego mokre od krwi palce owijają się na jego szyi i koszulce. Zacisnął dłonie w pięści. Spojrzał na jego zszyte powieki, krzywiąc się z odrazą, a potem wymierzył w jego stronę serie ciosów.
        W końcu Ben padł na podłogę. Jego oddech był wolny, ciężki i chrapliwy. Wyjęczał coś pod nosem. Calum zamarł, zdając sobie sprawę z tego, co zrobił. Jaką krzywdę mógł mu zrobić. Odskoczył od niego, przewracają się. Następnie szybko podniósł się i spojrzał na Deborah. Kobieta zaczęła bić brawo.
- To było niesamowite! Calum, ale masz w sobie ducha wojownika! – Spojrzała na łysego mężczyznę. – Steven zabierz Bena z powrotem na dół.
- Nie –wyjęczał leżący. – Błagam nie…
- Przegrałeś Ben, a wiesz, co to oznacza- oznajmiła Deborah ze śmiechem.
         Calum odsunął się jeszcze bardziej. Steven podszedł do Bena i jednym zręcznym ruchem, pociągnął go do pozycji pionowej. Mężczyzna zachwiał się. Wykręcił mu ręce i ruszył z nim w kierunku drzwi do piwnicy. Po chwili zniknęli, schodząc po schodach.
- Jesteś w grze Calum – powiedziała Deborah. – Pora na rundę drugą – dodała ze złośliwym uśmiechem. – Ciekawe, jak poradzisz sobie z osobą, która widzi. Luke twoja kolej. – Kiedy to powiedziała, Calum wytrzeszczył oczy.


Luke

        Z niedowierzaniem spojrzał na Deborah, która siedziała w swoim skórzanym fotelu. Widział, jak Michael nerwowo zaciska palce na swoich białych dresach. Czy ona naprawdę sądziła, że on i Calum zmierzą się ze sobą?
- No, już Hemmings, nie mam całego pieprzonego dnia – warknęła pod nosem.
        Spojrzał na Hooda. Widział w jego oczach złość, która mieszała się z przerażeniem. Wyczuł, że i on nie chce, by do tego doszło. Wstrzymał oddech, by po chwili odwrócić się w stronę Felicity. Nie spuszczała z niego swoich ciemnych oczu. Choć jej twarz była teraz dziwną maską, to jednak on wyłapał ten moment, jak przygryzła wargę, która zadrżała. Była zdenerwowana.
- Strach cię obleciał blondasku? – zakpiła Deborah. – Patrz się na mnie, jak do ciebie mówię!
         Spojrzał w stronę kobiety. Jej oczy były przepełnione wściekłością. Nienawidziła, gdy ktoś się jej sprzeciwiał. Był pewny, że zazgrzytała zębami. Utrzymał ten morderczy kontakt wzrokowy, wiedząc, że igra z ogniem. Prowokował ją, a to zazwyczaj nie kończyło się dobrze. Jednak wolał to, niż podnieść rękę na własnego przyjaciela, który był dla niego, jak brat. Nawet ta obiecana przez nią nagroda – rozmowa z rodziną – nie była w stanie zmusić go do tego, czego od niego oczekiwała.
- Nie zrobisz tego?
- Nie – odpowiedział z pewnością w głosie, kątem oka wyłapując przerażoną twarz Hooda.
- Bo?
- Nie zmusisz mnie do tego, bym stanął naprzeciwko własnego przyjaciela. Wygrana nie jest tego warta.
- Jesteś nieposłuszny, a nieposłuszeństwo w tym miejscu jest karane.
         Deborah chciała wzbudzić w nim strach. Ale on stawiając się jej w takim momencie, poczuł się jeszcze pewniej. Wiedział, że będzie tego żałował. Jednak ta siła, którą teraz zdobył, była o wiele mocniejsza, niż wieczne kulenie się przed jej osobą. Wyprostował się jeszcze bardziej, a ona warknęła pod nosem, widząc, że Hemmings nie zamierza się złamać.
- Luke…
- Nie, nie, nie! – warknęła Deborah, odwracając się w stronę Felicity. – Nie wolno się teraz odzywać!- Następnie znów spojrzała na niego. – Sam się o to prosiłeś. Steven, weź go na środek.
         Nie zdążył się zorientować, a już wielkie i grube dłonie mężczyzny zacisnęły się na jego nadgarstkach. Wykręcił je do tyłu, a Luke musiał się zgiąć, czując przeszywający ból w mięśniach. Szarpnął go, wyprowadzając na środek, w miejsce, w którym stał Calum, który teraz był blady, jak ich białe ubrania.
- Na kolana – rozkazała Deborah. Steven naparł na niego z całej siły, a on nie utrzymał się i poleciał w dół, uderzając kolanami o podłogę. – Trzy razy Steven.
         Z początku nie wiedział, co to znaczy. Nie widział łysego mężczyzny, więc nie mógł zgadnąć, co zmierza zrobić. Po chwili jednak został kopnięty w bok. Poczuł, jak jego ciało przechodzi mocny ból, który promieniował od żeber i żołądka, na plecy i klatkę piersiową. Steven kopnął go drugi raz, a potem trzeci, a Luke zacisnął usta, a potem głośniej jęknął, nie mogąc tego w żaden sposób powstrzymać. W jego ustach zgromadziła się ślina. Był pewny, że gdyby kopnął go jeszcze kilka razy, to by najnormalniej w świecie zwymiotował.
- Ja teraz będzie Luke? Będziesz współpracował?
          Tkwił w pozycji na czworaka, starając się oddychać powoli, by złagodzić ból, jaki roznosił się po jego ciele. Mimo wszystko dalej nie zamierzał brać udziału w chorej grze Deborah. Zamknął oczy, a potem dźwignął się na kolana. Spojrzał w jej oczy.
- Jaka jest odpowiedź Luke?
- Nie.
- Nie?
- Nie.
- Okej… W porządku. Dzięki tobie gra zostaje przerwana – oznajmiła, zaciskając palce na ramieniu Clifforda. – Właśnie pozbawiłeś Michaela szansy na usłyszenie jego matki. – Przełknął ślinę.- Nie ominie cię jednak kara za to, że nadal masz czelność mi się sprzeciwiać. Ale… Rozegramy to inaczej. Może i jesteś moim kundlem, ale to Felicity sprawuje nad tobą opiekę. To ona wymierzy ci karę za nieposłuszeństwo.
- Co? – wydusiła z siebie dziewczyna, a Luke zacisnął usta. Nie tego się spodziewał.


Felicity

         Drgnęła słysząc pomysł Deborah. Poczuła, jak przez jej kręgosłup przechodzi szybki dreszcz. Zrobiło jej się zimno. To nie tak miało być. Wszystko było nie tak, jak być powinno. Te jej chore gry, zmuszały ich do robienia właśnie takich rzeczy. A co jeśli ona właśnie tego oczekiwała? Jak z góry założyła, że któryś się zbuntuje, tylko po to, by móc go upokorzyć?
- Wstań Felicity – pociągnęła Deborah. Dziewczyna dźwignęła się na nogi. – Twój zwierzak jest nieposłuszny. Masz go ukarać.
- Nie – powiedziała, siląc się na spokojny ton.
- Ty też mówisz mi nie? – Fel pokiwała głową, dzielnie znosząc ostre spojrzenie Deborah. – Widzę, że potrzebujesz dodatkowej zachęty i motywacji. Hmm… Już wiem. Calum wracaj do szeregu.
         Odczekała, aż Hood ustawi się obok Ashtona. Następnie wstała z miejsca. Minęła Michaela i zatrzymała się przy pozostałych członkach zespołu. Spojrzała na nich, unosząc przy tym brwi do góry. Następnie wyciągnęła broń i odbezpieczyła ją. Felicity wstrzymała oddech.
- Na kolana i ręce za głowę – rozkazała, a Hood i Irwin od razu zrobili to, czego chciała. Pistolet zalśnił w świetle żarówek. Wyciągnęła rękę i wymierzyła w skroń Ashtona. Chłopak zacisnął powieki, nerwowo przełykając ślinę.
- Nie, błagam, nie – usłyszała za plecami płaczliwy ton Vivien.
- Cała sytuacja wygląda następująco – powiedziała Deborah. – Albo ukarzesz Luke'a za jego nieposłuszeństwo albo 5 Seconds of Summer straci perkusistę.
         Oddech Felicity przyspieszył. Była w kropce. Deborah posunęła się do szantażu, by uzyskać to, co chciała. Fel wiedziała, że kto, jak kto, ale ona nie zawaha się, by nie spełnić swojej groźby. W końcu na jej rękach już znajdowała się krew niewinnych ludzi. Irwin nie był dla niej nikim ważnym. Był jej zabawką. Zabawką, z którą może się rozstać.
         Spojrzała na Ashtona, w którego oczach pojawił się strach. Słyszała za plecami ciche łkanie Vivien. Nie mogła im tego zrobić. Nie mogła pozbawić Irwina życia. Zerknęła na Luke'a, który wpatrywał się w nią błagalnie. W jego oczach jednak nie widziała prośby o niego, by go oszczędziła. On niemo błagał ją o to, by zrobiła to, co musi i nie przekreśliła życia jego przyjaciela. Usta blondyna poruszyły się, a ona wyczytała z nich, tylko dwa słowa: zrób to.
          Zacisnęła wargi i podeszła do Hemmingsa. Deborah uśmiechnęła się szeroko, widząc, że postawiła na swoim. Przez chwilę obie wpatrywały się w siebie, a czas ten wydawał się być dla Felicity wiecznością. W końcu kobieta opuściła broń. Odwróciła się i ruszyła do jednego z czarnych worków. Wyciągnęła z niego podłużny, ciemny, chudy kij. Następnie podeszła do Felicity, wciskając jej bicz w ręce.
- Chłosta – powiedziała triumfalnie. – Ile masz lat Luke?
- Dwadzieścia – odpowiedział z automatu.
- W takim razie dwadzieścia uderzeń.
- Nie ma mowy –rzuciła Felicity, kręcąc głową.
- Ach, tak... W takim razie wracamy do Irwina.
          Zanim Felicity zdążyła się zorientować, ona już stała obok niego. Jej pistolet znów znalazł się niedaleko skroni perkusisty. Czarnowłosa mocno zacisnęła powieki. Grała na jej emocjach, grała na jej sympatii do chłopaków. Wiedziała, co zrobić, by te wszystkie uczucia odwróciły się przeciwko niej.
- No, jak będzie?
- Dwadzieścia, tak? –powiedziała cicho Fel.
- Dokładnie. Ty wymierzasz karę, a ja oszczędzam Irwina.
- Okej – wydusiła z siebie Fel.
- No? Powiedz mu, co ma zrobić – pociągnęła dalej Deborah.
- Oprzyj się rękami o podłogę i nie ruszaj się – powiedziała jednym tchem Felicity. Luke posłusznie wykonał polecenie. Podniosła rękę z biczem do góry. Zawahała się przez chwilę, a potem uderzyła go w plecy.
- Nie tak! Mocniej! To ma być kara!
         Felicity zacisnęła zęby. Walczyła z tym, by nie wypuścić ze swoich oczu, ani jednej łzy. Nie chciała dać jej dodatkowej satysfakcji. Wzięła głęboki oddech, starając wziąć się w garść. Znów podniosła rękę i uderzyła go mocniej. Widziała, jak podskoczył.
- Raz!- zaczęła odliczanie Deborah. Uderzyła go ponownie. – Dwa! – A potem jeszcze raz i jeszcze raz, starając się to zrobić, jak najszybciej.


Luke

          To było jeszcze gorsze, niż kopanie. Jeszcze gorsze, niż katowanie ich w pomieszczeniu wyłożonymi kafelkami. Miał wrażenie, że plecy palą go żywym ogniem. Z każdym kolejnym uderzeniem, ten ogień rozpalał się na nowo, a Luke myślał, że nigdy się go nie pozbędzie.
         Przez kilka pierwszych uderzeń dawał radę zaciskać zęby i jakoś to znosić. Potem było coraz gorzej. Czuł, jak bicz rozcina mu skórę pod koszulką. Jak coś ciepłego zalewa mu ciało. Było mu gorąco i duszno, a on miał wrażenie, że zaczyna się dusić. Wszystko pulsowało tępym bólem, a on nie miał nad tym żadnej kontroli.
          Zaciskał palce tak mocno, że pobielały mu knykcie. Krople potu spływały mu potwarzy, mieszając się z pojedynczymi łzami, których nie potrafił powstrzymać. W połowie kary przestał się kontrolować. Jego oddech zmienił się na bardziej charczący. Stróżka śliny wypłynęła mu z ust, gdy nie był już w stanie jej przełknąć. Ciepła krew zalewała go od góry, a on coraz bardziej drżał. W końcu trząsł się tak bardzo, jakby był w jakimś stanie mocnego delirium.
         Oparł się na przedramionach, nie mogąc dłużej utrzymać się w tamtej pozycji. Nie wiedział już, ile razy dostał i ile pozostało do zakończenia tej tortury. W tym momencie chciał, by Felicity go dobiła. Jednak dalej w środku wiedział, że zrobił dobrze.
          Z początku syczał z bólu. Potem syk przerodził się w pojedyncze jęknięcia, a dopiero później w nieme krzyki. Pod koniec nie był w stanie zapanować także i nad tym, więc kilkakrotnie krzyknął, gdy bat uderzał go w poranione plecy. I nagle wszystko się skończyło…
         Zrobiło mu się ciemno przed oczami. Słyszał wyraźnie swój świszczący i ciężki oddech. Jego twarz była cała mokra. Zresztą Luke miał wrażenie, że cały lepi się od krwi i potu. Przez chwilę stracił orientacje tego, co się wokół niego dzieje. Brakowało mu sił. Przez chwilę miał wrażenie, że padnie zaraz na podłogę i nie będzie w stanie się z niej podnieść. Jedyne, czego teraz chciał, to wrócić do bezpiecznego pokoju Felicity.


Felicity

         Jej oddech był szybki i nieco przerywany z nadmiaru negatywnych emocji. Czuła i widziała swoje drżące ręce. Koszulka kleiła jej się do ciała, bo z tego stresu zaczęła się nadmiernie pocić. Bała się spojrzeć na chłopaków i na dziewczyny. Dlatego odwróciła się i utkwiła wzrok w Deborah. A ona uśmiechała się do niej szeroko.
- Koniec przedstawienia – zarządziła, zabezpieczając pistolet i chowając go za pasek w spodniach. – Macie ich natychmiast zabrać. Fel, ty najpierw tu posprzątasz. Nie chcę, by krew wsiąknęła mi w podłogę. Potem masz go zaprowadzić do pokoju.
         Kiwnęła tylko głową, nie ruszając się ze swojego miejsca. Słyszała, jak za jej plecami, poruszają się dziewczyny. Jak biorą łańcuchy i chusty i podchodzą do chłopaków. Zakuły ich, a potem w ciszy opuściły salę. Deborah i Steven wyszli na samym końcu, zamykając za sobą drzwi.
         Padła na kolana tuż obok blondyna. Był w takim stanie, że bała się go dotknąć, by nie spowodować kolejnej fali bólu. Przycisnęła drżącą dłoń do ust, walcząc z cisnącymi się do oczu łzami.
- Luke, tak bardzo cię przepraszam- wyszeptała, przejeżdżając palcami po jego mokrej dłoni.
- Jest… jest… okej…
- Nie jest okej – powiedziała, kręcąc głową. – Mój Boże…
- Nie… Nie… Nie miałaś… wyboru.
- Wytrzymasz jeszcze? – Pokiwał głową. Usłyszała, jak ciężko przełyka ślinę. – Może chcesz usiąść?
- Nie, jest… jest dobrze.
- Zaraz stąd pójdziemy – powiedziała, a potem wstała.
          Rozejrzała się po sali. Musiała szybko tu posprzątać, a potem zająć się Lukiem. W kącie namierzyła wiadro i ścierkę. Podbiegła do niego. Na szczęście była w nim woda. Wróciła na środek pomieszczenia i szybko zaczęła sprzątać krew, którą po sobie zostawił Ben. Następnie posprzątała miejsca obok Luke'a. Na końcu wrzuciła brudną szmatę do wiadra, odstawiając je na bok.
- Trzymasz się?
- Tak.
- Pomogę ci wstać. – Luke w odpowiedzi pokiwał tylko głową.
         Ujęła go delikatnie pod ramiona, a potem pozwoliła, by się na niej oparł. Było ciężko, ale znalazła w sobie tyle siły, by pomóc mu wstać. Blondyn zachwiał się i prawie osunął się z powrotem na ziemię. Zdążyła go jednak zaasekurować. Syknął z bólu, gdy oparła dłoń na jego mokrych plecach.
- Przepraszam, ale nie mam, jak inaczej cie złapać.
- W porządku- odpowiedział słabym głosem.
- Chodź. - Pociągnęła go w stronę stołu. – Oprzyj się o niego. – Luke bez słowa położył ręce na zimnym meblu. Felicity ściągnęła niebieską bluzę, a potem owinęła nią plecy blondyna, wiążąc ją na jego brzuchu. – To powinno trochę zabezpieczyć ci plecy, w czasie powrotu. Dasz radę, prawda? Prawda, Luke? Proszę, musisz dać radę. Musisz znaleźć w sobie jeszcze odrobinę siły – wyszeptała, łapiąc go za ramię.
- Dam radę – odpowiedział cicho, a ona objęła go, delikatnie kładąc dłoń na bluzie. Powoli ruszyli w stronę drzwi. 



***
Ostatnio w rozdziale było trochę bardziej optymistycznie, więc przyszedł czas na pokomplikowanie spraw - a to dzięki Deborah i jej chorym pomysłom. 

Mam nadzieję, że rozdział przypadł wam do gustu.

Dziękuję za wasze miłe słowa i za motywację, jaką mi dajecie!

Kolejny rozdział w następny piątek!

Pozdrawiam!

3 komentarze:

  1. Deborah jest serio psychiczną suką! Nie cierpię tej baby!
    Biedny Luke, biedna Fel, biedy Cal i biedni inni ...
    Niech ucieczka nastąpi jak najszybciej XD
    Postawa Luke była wspaniała. Jestem bardzo zadowolona z tego, jak się zachował. Jestem z niego dumna ;-)
    Rozdział jest wspaniały, genialny. Uwielbiam twoje blogi, ale to już chyba wiesz XD <3
    Czekam na następny rozdział,
    Życzę weny,
    Pozdrawiam ;*

    OdpowiedzUsuń
  2. Cooooo? Jak simiesz wywalać z tak chorym pomysłem Deborah. Ona serio powinna się leczyć :/ nooo nienawidzę jej. Mam nadzieje, że przyjdzie ten czas, gdy nakopią jej do dupy za te wszystkie akcje! Tak mi szkoda Luka - dobra postawa słodziaku, jesteś bohaterem tego rozdziału! Uuuu kurde Calum mogłeś ją pocałować!
    Z niecierpliwością czekam na kolejny rozdział!
    Pozdrawiam Milena

    OdpowiedzUsuń
  3. Deborah jest poprdolona! Biedny Luke rozdział świetny nie mogę doczekać się next ♡ ♡ ♡ ♡ ♡ ♡

    OdpowiedzUsuń