piątek, 14 sierpnia 2015

17 "Uwielbiam, jak jesteś tak blisko"

Deborah

        Siedziała w swoim czarnym skórzanym fotelu. Od jakiegoś czasu wpatrywała się w grający zespół. 5 Seconds of Summer wygrywało kolejną swoją piosenkę, a ona robiła się coraz bardziej znużona. Westchnęła ciężko pod nosem i machnęła w ich stronę. Chłopaki od razu przestali grać.
- Starczy – powiedziała, ale uśmiechnęła się złośliwie, widząc u Ashtona cień ulgi, który przebiegł mu po twarzy. Jeśli Irwin myślał, że ona pozwoli im wrócić po tak krótkim czasie do pokoi, to się grubo mylił.
       Pstryknęła palcami, a następnie wskazała środek sali. Bez słowa odłożyli instrumenty, by znów ustawić się w niewielkim rządku. Spojrzała na nich spod wachlarzu długich czarnych rzęs, mierząc każdego z nich od góry do dołu. Ich białe ubrania, w tym ciemnym pomieszczeniu, wyglądały na jeszcze jaśniejsze, niż były w rzeczywistości. Ich twarze nie wyrażały żadnych emocji. Od dłuższego czasu wykonywali jej rozkazy, działając niemalże, jak pozbawione uczuć roboty. Była pewna, że przyzwyczaili się do tego pomieszczenia i do jej obecności. Nie wiedzieli tylko, że w jej głowie kiełkują się coraz to nowsze pomysły, aby wzbudzić w nich strach.  A ona lubiła czuć go od innych. Dziś jednak postawiła na coś zupełnie innego.
- Pomieszczenie to powoli zaczyna zarastać brudem. Przy stole stoją wiadra z wodą i płynem, a także szmaty. Macie doprowadzić salę do porządku – rozkazała, a oni bez sprzeciwu ruszyli we wskazanym kierunku. – Michael, do mnie – dodała, a Clifford raptownie zatrzymał się. Odłączył się od reszty, która już złapała za wiadra. Podszedł do niej. – Siadaj.
        Michael usiadł tuż przy jej fotelu. Kobieta uśmiechnęła się pod nosem, a potem sięgnęła do kieszeni. W tle słyszała obijające się o ziemię metalowe wiadra, a także dźwięk wody, gdy chłopaki zaczęli moczyć i wyrzynać szmaty. Wyciągnęła długi zielony pilniczek i wcisnęła go w ręce Clifforda.
- Tylko nie za dużo cukiereczku – odparła, podsuwając mu pod nos swoją lewą dłoń.
       Michael obrócił w palcach podłużny pilniczek, a potem ujął lekko jej dłoń, by po chwili zabrać się do wskazanej przez nią pracy. Deborah po raz kolejny uśmiechnęła się triumfalnie. Spojrzała na Clifforda, a następnie na resztę jego zespołu pogrążonego w szorowaniu dużej sali. To ona była tu szefem i ta fucha, jak najbardziej jej odpowiadała.
       Nagle drzwi do sali otworzyły się z hukiem. Poczuła, jak Michael podskoczył w miejscu. Wszyscy spojrzeli na wchodzącego do środka Erica. Mężczyzna uniósł brwi do góry, zerkając na pracujący, a następnie prychnął pod nosem. Zatrzymał się przed swoją kuzynką, która uśmiechnęła się do niego złośliwie.
- Czego chcesz Eric?
- Przeszkadzam?
- Jestem zajęta.
- Właśnie kurwa widzę, jak bardzo – powiedział drwiącym tonem.
- Czego chcesz? – powtórzyła, świdrując go swoimi zielonymi oczami. Mężczyzna uśmiechnął się lekko.
- Musisz pożyczyć mi swoje Wilczyce.
- Bo?
- Odbieramy dzisiaj konwój. Kupa kasy, kupa towaru. Dostałem cynk, że łasi się na to ten skurwiel Richard. Z pewnością będzie chciał to odbić. Potrzebuję dziewczyn do dodatkowej ochrony.
- Są moje – warknęła pod nosem. – Jeśli coś im się stanie…
- Nie wierzę, że nadal obchodzi cię ich los.
- Oczywiście, że obchodzi!
- Tak? Ostatnio jakoś mam, co do tego wątpliwości Deb – odpowiedział, a ona warknęła pod nosem. – Mniejsza z tym. Zbieram najlepszych, a one zaliczają się do tej grupy. Chcę je mieć. Szczególnie, że chodzi o sporą sumę. To także twoja kasa…
- Niech ci będzie. Kiedy?
- Niech zjawią się u mnie za godzinę.
- Jasne. Przekażę im te dobre wieści – powiedziała z przekąsem, a potem machnęła na Clifforda, by ten wrócił do przerwanej pracy.
        Eric pokręcił nosem, a następnie odwrócił się i szybko wyszedł z sali. Deborah odprowadziła go wzrokiem. Po chwili wyciągnęła telefon i wykonała pierwszy telefon do jednej ze swoich dziewczyn.


Parker

        Przykuła Michaela do ściany. Sprawdziła jego łańcuchy, a potem wyprostowała się. Złapała za swój telefon i szybko wyszła z pokoju. Kiwnęła głową w kierunku Alice, która wychodziła ze swojego, a następnie obie dogoniły Vivien i Felicity, które już wchodziły po schodach.
        Parker nie miała najmniejszej ochoty, by brać udział w jakiś zabawach z ludźmi Erica. Wiedziała jednak, że chodzi o sporą kasę – choć Deborah nic im na ten temat nie mówiła. Ona jednak nie była głupia. Eric potrzebował ich zawsze, gdy w grę wchodziły duże pieniądze. A dzięki temu zadaniu, do ich kieszeni też wpadnie nie mała sumka.
         Znalazły się na wyższym piętrze. Przeszły przez cichy korytarz, docierając do drzwi, za którymi mieścił się gabinet Erica. Parker zapukała i nie czekając na odpowiedź, jako pierwsza weszła do środka. Kiedy tylko Wilczyce minęły próg, wszystkie oczy skierowały się w ich stronę.
- Nareszcie – powiedział Eric, zajmując miejsce za dużym ciemnym biurkiem.
- Zaliczyłyśmy spóźnienie? – odparła Parker, wchodząc w głąb gabinetu.
- Ja cię mogę zaliczyć ślicznotko – odezwał się Peter, a ona uśmiechnęła się do niego, jednocześnie podtykając mu pod nos dłoń z wyciągniętym środowym palcem. – Jesteś gorąca.
- Zamknij się McKnight – warknął Eric. – Nie mamy całego pieprzonego dnia, aby wysłuchiwać się w wasze, pożal się Boże, denne teksty.
        Peter wyszczerzył się do niego, a Olsen zgromił go wzrokiem. Chłopak jednak nic sobie z tego nie zrobił. Poprawił tylko pozycję w jakiej siedział i znów utkwił w nim zaciekawiony wzrok. Parker razem z resztą Wilczyc przeszła obok niego, by zająć ostatnie cztery wolne miejsca, które na nie czekały.
- Skoro już jesteśmy w komplecie – pociągnął Eric. – Głównie chodzi nam o zabezpieczenie naszego konwoju. Musimy mieć oczy dookoła głowy, bo Richard nie jest głupkiem. Nasz informator dowiedział się, w którym miejscu chce zaatakować ten sukinsyn. Mamy nad nim tą przewagę, że on nie wie, że my wiemy…- Parker przekręciła oczami. Szykowała się dłuższa mowa w wykonaniu starszego Olsena.


Alice

        Weszła do pokoju, niosąc kolację dla Caluma. Podeszła do piankowego materaca, na którym siedział. Postawiła tacę naprzeciwko niego. Chłopak spojrzał na nią.
- Dzięki.
        Uśmiechnęła się do niego, gdy przysunął bliżej siebie talerz z kanapkami. Następnie odwróciła się i omiotła wzorkiem pokój, sprawdzając, czy wszystko ze sobą zabrała. Dotknęła kieszeni, upewniając się, że ma przy sobie komórkę i klucze.
- Chcesz coś jeszcze? – zapytała. – Coś do czytania?
- Nie, dzięki. Mam wszystko.
- W takim razie widzimy się później. – Pokiwał głową, biorąc pierwszą kanapkę do ręki.
        Dziewczyna odwróciła się, wyciągając klucze. Podeszła do drzwi. Już chciała wyjść, ale Calum odezwał się do niej po raz kolejny.
- Alice – zaczął, a ona znów spojrzała na niego. Hood wpatrywał się w nią z poważnym wyrazem twarzy.
- Co jest?
- Powodzenia i uważaj.
- Dzięki – odparła z lekkim uśmiechem. Po raz kolejny kiwnął jej głową, a on wyszła z pokoju, zostawiając go samego.
       Przekręciła klucz w zamku, a następnie ruszyła w stronę schodów. Zeszła na sam dół. Z pomieszczenia, do którego zmierzała, już dochodziły do niej znajome głosy. Pchnęła metalowe drzwi, a harmider w pokoju zrobił się jeszcze większy.
- Jest i ona- rzuciła Felicity, okręcając w dłoni podłużny nóż. Następnie włożyła go za pasek, który miała przyczepiony na udzie.
- Ile mamy czasu? – zapytała Alice, podchodząc do przyjaciółek.
- Góra pięć minut – odpowiedziała Vivien.
        Alice skinęła jej głową. Minęła Felicity, podchodząc do szafy z bronią. Otworzyła ją i chwyciła za swoją czarną snajperkę, której przeważnie używała. Sprawdziła magazynek i lunetę, a potem władowała do kieszeni zapasowe naboje. Dodatkowo wzięła jeden mniejszy pistolet, który ukryła pod czarną bluzą.
- Ruszać dupy, ruszać! – krzyknął Peter, poganiając wszystkich zebranych w pokoju. – Bo Eric się na nas wkurwi! Kto gotowy, niech ładuje się do samochodu! Wilczyce jadą ze mną!


Felicity

        Według zdobytych przez Erica informacji, do odbicia ich konwoju miało dojść w pobliżu drogi, która przecinała niedziałające torty kolejowe. Było to idealne miejsce do obstawy, bowiem teren był zarośnięty i górzysty, więc łatwo było się schować i jednocześnie go obserwować.
        Felicity rozłożyła się po zachodniej części, tuż na najwyższym wzniesieniu, skąd miała doskonały widok nie tylko na tory, ale także na całą drogę, którą miała pokonać niewielka ciężarówka. Alice znajdowała się kawałek dalej na mniejszej górce, ukryta za gęsto rosnącymi drzewami. Parker i Vivien były na dole, gotowe do działania, gdyby doszło do bliższego kontaktu. Wiedziała, że trójka innych snajperów znajduje się gdzieś naprzeciwko.
        Ustawiła swój sprzęt, a następnie położyła się na ziemi, przyciskając lunetę do oka. Od jakiegoś czasu na dworze panowała ciemność, a cały teren był słabo oświetlony i jak na razie tylko to było dla niej największym problemem. Każde z nich musiało być czujne na każdy odgłos, aby w razie czego zareagować na swoich przeciwników.
        Miała wrażenie, że minuty ciągnąć się w nieskończoność. Wokół panowała cisza, a ona mogła usłyszeć równe bicie swojego serca. Raz zarazem przyglądała się drodze i torom, ale nie zobaczyła niczego niepokojącego.
        W końcu poczuła wibrację w kieszeni. Nie dorywając wzroku od obserwowanego terenu, wyciągnęła komórkę i odebrała.
- Tak?
- Jadą. Będą w naszym zasięgu za niecałe pięć minut – poinformował ją Peter, a następnie rozłączył się.
        Plan był prosty. Nie pozwolić na to, aby Richard położył swoje brudne łapy na zawartości ciężarówki. A wiedziała, że jest to dla niego łakomy kąsek. W końcu w grę wchodziła gruba kasa i dobry towar, który dodatkowo zasiliłby jego kieszeń.
        Schowała telefon, a następnie odwróciła się w bok. Z daleka dostrzegła jasne podwójne światła, które z pewnością należały do ich ciężarówki. Samochód nie był duży, ale posiadał duży ładunek. Ładunek, który oni musieli obronić.
        Przygryzła wargę, wpatrując się w światła, który były coraz bliżej torów. Za dwie, góra trzy minuty pojawi się na nich. Rozejrzała się szybko po terenie przed sobą, upewniając się, że nie widzi tam nikogo podejrzanego.
        Nagle zamarła, słysząc odgłos kroków tuż za sobą. Były ciche i powolne, jakby ktoś nie chciał, by ona go usłyszała. Jej dłoń powędrowała w stronę uda, skąd wyciągnęła długi nóż. Wiedziała, że nie może robić zbyt gwałtownych ruchów. Jej przeciwnik mógł być bardziej uzbrojony od niej. Nie spodziewała się jednak, że jest tak blisko.
        Odwróciła się i zrobiła wielkie oczy. Uderzył ją w twarz, rozcinając wargę, a ona przewróciła się na plecy. Zdołała wyłapać jego ciemne oczy, które z triumfem wpatrywały się w jej osobę. Zamrugała kilka razy, pozbywając się mroczków.
        Doskoczył do niej, ale ona szybkim kopniakiem uderzyła go w brzuch, zyskując na czasie. Wysoki, chudy mężczyzna zatoczył się, odsuwając się od Felicity. Utrzymał się jednak na nogach. Gdzieś w oddali usłyszała dziki krzyk, który mógł zwiastować tylko jedno. Ludzie Richarda pojawili się, by przejąć ciężarówkę.
        Spróbowała się podnieść, ale on znów zaatakował. Powalił ją na ziemię po raz kolejny, a ona zamachnęła się, uderzając go rękojeścią noża w skroń. Przeturlał się na plecy, a ona kopnęła go po raz drugi, wyduszając z jego ust głośne warknięcie.
        Zamachnęła się rozcinając mu materiał i skórę na ramieniu, co spowodowało, że nieznajomy wpadł w jeszcze większą furię. Zaatakował po raz kolejny, uderzając ją w dłoń. Nóż wypadł z jej ręki, a ona odczołgała się dalej. Złapał ją za nogi i przysunął ją bliżej siebie, szarpiąc za ubranie. Poczuła ciepłą krew, która należała do niego.
        Opadł na nią, przyciskając jej dłonie do ziemi. Poczuła nieprzyjemny zapach wydobywający się z jego ust, kiedy nachylił się ze złośliwym uśmiechem w jej stronę. Niewiele myśląc, uderzyła go z główki, a on odgiął się do tyłu, by znów paść na plecy. Okręciła się, by chwycić za nóż.
        Wtedy rozległ się huk, a ona poczuła ostre pieczenie i ból, który rozchodził się po jej lewym ramieniu. Syknęła i mocniej zacisnęła palce na nożu. Czuła, jak zalewa jej ciało ciepła posoka, która należała do niej. Warknęła pod nosem, widząc jak nieznajomy powoli podnosi się z miejsca. Jego twarz była cała we krwi, a Fel domyśliła się, że prawdopodobnie musiała jednym uderzeniem złamać mu nos.
- Nie ruszaj się – powiedział zachrypniętym głosem, w dalszym ciągu celując w nią.
        Zbliżył się, a ona wstrzymała oddech. Widziała, jak zadrżała mu ręka. Była pewna, że nie będzie się patyczkował, tylko zaraz pociągnie za spust. Zrobił jeszcze jeden krok w jej stronę i wtedy usłyszała znajomy głos, który wywołał w niej poczucie ulgi.
- Nie celuje się do mojej przyjaciółki – powiedziała Alice, a potem rozległ się kolejny strzał. Zdołała wyłapać zaskoczenie, które wymalowało się na jego twarzy. Po raz kolejny buchnęła krew, kiedy Alice trafiła go w szyję. Ugięły się pod nim kolana, a on bezwiednie opadł na Felicity, przygwożdżając ją do zimnej ziemi.
        Usłyszała szybkie kroki. Alice podeszła do niej, a potem jednym kopnięciem zwaliła z niej nieżyjącego mężczyznę. Felicity przejechała rękawem czarnej bluzy po swojej twarzy, aby pozbyć się nadmiaru krwi.
- Zawsze się w coś wpakujesz – powiedziała Alice.
- Takie mam szczęście.
- Trzeba to czymś ucisnąć – pociągnęła Alice, wskazując palcem jej ranę.
        Przejęła od Felicity nóż i podeszła do mężczyzny. Ukucnęła i złapała za jego koszulkę. Przecięła ją nożem, formując ją w pasek. Następnie wróciła do przyjaciółki. Przysunęła się bliżej i owinęła materiał wokół jej ramienia, z którego dalej sączyła się ciepła krew. Felicity syknęła pod nosem, kiedy Alice mocniej zacisnęła go, by na końcu zawiązać supeł.
- Dasz radę?
- To tylko draśnięcie – powiedział Felicity, siląc się na spokojny ton.
- Dobra, w takim razie do roboty. Trzeba wyeliminować tyle ludzi, ile się da – zarządziła Alice, ściągając z pleców snajperkę. Rozłożyła ją szybko tuż obok sprzętu Felicity i położyła się na ziemi. Spojrzała przez lunetę i pociągnęła za spust. Fel niewiele myśląc zrobiła to samo.
         W jej ciele buzowała adrenalina, choć nadal wyczuwała ból promieniujący z ramienia. Zacisnęła jednak zęby, wiedząc, że musi wziąć się w garść. Gdzieś na dole była Vivien, a ona nie chciała, by coś jej się stało. Przybliżyła się do snajperki i zaczęła strzelać w kierunku nadbiegających ludzi.
- Na ziemię! Na ziemię! – krzyknęła Alice, kiedy w ich stronę uderzyły inne pociski. Obie padły na płasko, zakrywając głowę rękami. – Jebani!
 - Co najmniej dwóch, gdzieś naprzeciwko – powiedziała Felicity, nie odrywając twarzy od ziemi. Uderzyła ręką w stojącą snajperkę, a ona przewróciła się na bok.
- Co ty odpieprzasz?! – warknęła Alice. – Koniecznie chcesz zarobić kulkę w łeb?
- Nie, ale jak nic nie zrobimy, to na pewno któraś z nas ją dostanie –odpowiedziała, łapiąc powoli za broń.
- Jesteś popieprzona – skwitowała Alice, czujnie ją obserwując.
        Felicity starała się leżeć, jak najbliżej ziemi. Jeden nabój przemknął jej niedaleko głowy, a ona odetchnęła z ulgą. Najwidoczniej Richard do tego zadania obsadził mało wyćwiczone osoby, skoro nie potrafiły strzelić do celu.
        Szybkim ruchem ułożyła w dłoniach snajperkę, opierając ją o ziemię. Uniosła lufę nieco wyżej, przykładając oko do lunety. Ustawiła odpowiednio siatkę i parametry, wyłapując dwie postacie znajdujące się za niewielkim głazem. Wstrzymała oddech, a następnie nacisnęła na spust, kiedy jeden z nich wychylił się, by oddać kolejną serię strzałów. Pocisk poszybował w jego stronę, trafiając go w sam środek czoła.
- Jeden z głowy – powiedziała Felicity.
- Jesteś popieprzona – skwitowała po raz kolejny Alice.
- Już się nie produkuj – odparła, znów przysuwając oko do lunety. 
         Bacznie obserwowała głaz, czekając, aż zza niego wyłoni się kolejny żółtodziób. W końcu i on wychylił się, posyłając w ich stronę kolejne strzały. Jednak nie celował zbyt dokładnie, dlatego trafiały one w ziemię daleko za nimi. Felicity zacisnęła usta i wymierzyła, by po chwili szybko nacisnąć spust. Znów rozległ się strzał, a mężczyzna upadł na ziemię trafiony w sam środek oka.
- Brawo ty – rzuciła Alice, unosząc się na łokciach.
- Wycofują się – powiedziała Felicity, patrząc przez lunetę na to, co działo się na drodze.
        Ludzie Richarda uciekali, pokonani przez gang Olsenów. Zdołała wyłapać całą i zdrową Vivien oraz Parker. Kilkoro z ich ludzi nosiło na sobie ślady walki, ale wyglądało na to, że nic poważnego nikomu się nie stało.
- Piąteczka – odparła Alice, wyciągając w jej stronę rękę.
- Ał! – syknęła, kiedy odwzajemniła ten gest. Ból w ręku powrócił ze zdwojoną siłą, a ona poczuła, jak na jej twarzy pojawiają się kropelki potu.
- Trzeba to szybko przemyć i opatrzyć – powiedziała Alice, marszcząc nos.
- Bez obaw. Przeżyję – odparła Felicity, lekko się do niej uśmiechając.

        Weszły do Gniazda razem z resztą załogi, która pracowała przy zadaniu Erica. Zdążyła zrobić kilka kroków wzdłuż korytarza, kiedy ze schodów pospiesznie zeszła Deborah. Zmierzyła każdego wzrokiem, a potem chwyciła swojego kuzyna za koszulkę, mocniej nim potrząsając.
- Co się stało?! – warknęła, wbijając w niego wściekłe spojrzenie. – Dlaczego ona jest ranna?!
- Uspokój się Deb, to nic takiego – powiedział Eric. – Po prostu Felicity miała małego pecha.
- Pecha?!
- Puszczaj – warknął, odpychając ją od siebie. – Było małe potknięcie.
- Co z kasą i towarem? – zapytała.
- Jest nasze.
- To chciałam usłyszeć, ale wrób moje Wilczyce w takie gówno raz jeszcze, a pożałujesz, że mnie znasz – odparła, poprawiając włosy.
- Przystopuj szurnięta wariatko – powiedział Eric, mijając ją. Następnie odwrócił się w stronę Fel. – Ogarnij się, a ja przyślę do ciebie kogoś z Medyków.
- Dzięki – rzuciła dziewczyna, a następnie bez słowa ruszyła w stronę schodów. Słyszała za plecami kolejne warknięcie Deborah, która w dalszym ciągu czepiała się Erica. Mężczyzna coś jej odpowiedział, ale Fel już ich nie słuchała. Miała gdzieś ich sprzeczki. Teraz jedyne o czym marzyła, to porządna kąpiel i pozbycie się cholernego bólu w ramieniu.
       Wyciągnęła z kieszeni klucze. Odwróciła się, słysząc za sobą kroki. Reszta dziewczyn pojawiła się na piętrze. Kiwnęły jej głową, a ona odpowiedziała tak samo. Felicity przekręciła klucz w zamku i otworzyła drzwi. Weszła do środka, zamykając je na zasuwę.
- Boże – usłyszała przestraszony głos Luke'a.- Co ci się stało?
- Nic, jest okej – skłamała, odkładając klucz na biurko.
       Podeszła do niego. Luke nie spuszczał z niej swoich błękitnych oczu. Był wystraszony, a jego twarz była tak biała, jak jego ubranie. Fel zdobyła się na lekki uśmiech.
- Miałaś uważać.
- Uważałam, ale jeden koleś zupełnie mnie zaskoczył- odpowiedziała, a Luke wyciągnął w jej stronę skrępowane dłonie. – Będziesz musiał uzbroić się w cierpliwość kotku. Zaraz zjawi się tu jeden z Medyków żeby trochę mnie połatać.
- Och… Jasne. Poczekam.
- Muszę wziąć prysznic.
- Fel?
- Tak?
- Naprawdę dobrze się czujesz?
- Oprócz tego – wskazała na ramię – nic mi nie jest.
- A to? – zapytał, dotykając delikatnie palcem jej wargi.
- To? To jest jeszcze większe nic – powiedziała z lekkim uśmiechem.
- Nienawidzę tego twojego gangu – skwitował, odsuwając się od niej. Założył ręce na klatce piersiowej, jednocześnie zerkając na nią. Fel zaśmiała się pod nosem. Luke w tym momencie wyglądał, jak duże nadąsane dziecko.
- Idę do łazienki – rzuciła i dźwignęła się ciężko na nogi. Wzięła czyste rzeczy i weszła do pomieszczenia obok, zamykając za sobą drzwi.
        Szybko zrzuciła z siebie zakrwawione ubranie, zaciskając mocno usta. Zazgrzytała zębami, czując, jak ból z ramienia znów promieniuje na inne części jej ciała. Wrzuciła brudne rzeczy do siatki, a potem zawiązała ją i wyrzuciła do kosza.
        Powoli weszła do kabiny i wzięła szybki prysznic. Z rany w dalszym ciągu powoli sączyła się krew, ale było jej znacznie mniej, niż na początku. Po wyjściu czuła się o wiele lepiej. Ubrała się w świeże rzeczy, a następnie zrobiła sobie prowizoryczny opatrunek, aby nie pobrudzić sobie czystych ubrań. Zdrową ręką rozczesała włosy i przy niewielkiej pomocy drugiej, która w dalszym ciągu pulsowała tępym bólem, spięła włosy w niedbały kok.
       Wyszła z łazienki w momencie, kiedy rozległo się pukanie. Zerknęła na Luke'a, który wpatrywał się w nią, oceniając, czy faktycznie nic poważniejszego jej się nie stało. Uśmiechnęła się lekko do niego, a on skinął jej głową.
        Podeszła do drzwi i przesunęła zasuwę. Otworzyła je i uniosła brwi do góry. Prawie bezdźwięcznie jęknęła, kiedy Troy uśmiechnął się do niej. Ze wszystkich Medyków, którzy byli w Gnieździe Eric musiał przysłać właśnie jego. Nie była zadowolona z takiego obrotu spraw, ale wiedziała, że nie ma co wybrzydzać. Troy w końcu był jednym z najlepszych.
- Cześć piękna – powiedział, wchodząc do jej pokoju. Szybko rzucił okiem na siedzącego przy ścianie blondyna. Luke udawał, że nagle zainteresowało go niebo za oknem, choć Fel wyłapała ten moment, w którym i on na niego zerknął. – To jest popieprzone – skwitował Troy, wskazując na Hemmingsa. – Deborah jest naprawdę jebnięta.
- Nie musisz mi tego mówić – odparła Fel, zamykając za nim drzwi.
- Dobra, pokaż co tam masz – pociągnął chłopak, podchodząc do niej. 
        Postawił na łóżku niewielką torbę, a potem odwrócił się do niej. Bez słowa złapał za jej ramię, by ściągnąć bandaż. Wymruczał coś pod nosem, a potem pokręcił głową.
- Co?
- Trzeba to wyciągnąć.
- Że, co?
- A co ty słodziutka myślałaś? – powiedział ze śmiechem, a ona skrzywiła się. – Kula nie przeszła na drugą stronę. Z tego co widzę po twoich ruchach dłonią i ręką, że nie trafiła też w kość, więc masz kurewskie szczęście, że skończyło się tak, a nie inaczej.
- Zawsze mogłam dostać kulkę w łeb.
- Bardzo kurwa śmieszne – mruknął pod nosem. – Trzeba się jej pozbyć. Rana nie wygląda źle. Może coś z ciebie jeszcze będzie.
- Pieprz się.
- Z tobą zawsze – odpowiedział, a ona zazgrzytała zębami. Troy uśmiechnął się do niej szeroko.
- Zapraszam do pokoju zwierzeń – powiedział, wskazując na drzwi. 
        Złapał za torbę i poszedł za Felicity, która jako pierwsza skierowała się z powrotem do łazienki. Troy zatrzymał się jednak tuż przy drzwiach i znów spojrzał na Hemmingsa. Blondyn również wpatrywał się w niego.
- Współczuje stary –rzucił, a Luke tylko mocniej zacisnął usta. Następnie wszedł do łazienki.
        Felicity usiadła na klapie od deski. Troy rozłożył torbę niedaleko niej, wyciągając z środka gazę i podłużne chude szczypce. Z tymi rzeczami odwrócił się do dziewczyny, która głośniej westchnęła.
- Zrób to szybko – poprosiła.
- Obiecuję, że będę delikatny – odpowiedział, podchodząc do niej bliżej.

        Podziękowała mu raz jeszcze, a potem zamknęła za nim drzwi. Następnie wróciła do Luke'a, by rozkuć go z łańcuchów. Miała wrażenie, że ramię boli ją dwa razy mocniej, ale Troy’owi udało się dość szybko wyciągnąć z niego kulę. Założył jej także szwy i podał mocne środki przeciwbólowe. Wiedziała, że zachwalę na nich odleci. A było jej to na rękę. Marzyła o szybkim śnie. 
- Jak się czujesz? – zapytał Luke, kiedy pozbył się obroży. Odłożył ją na bok i wstał z materaca, by do niej podejść. Usiadł obok niej na łóżku i spojrzał w jej ciemne oczy.
- Naprawdę jest okej – odpowiedziała.
- Może powinnaś się położyć.
- Powinnam, bo zaraz pewnie zwal mnie z nóg. Troy na futrował mnie lekami – powiedziała, opierając głowę o jego ramię.
- Czy cała wasza akcja się udała?
- Udała – odpowiedziała, ziewając. – Zdążyłyśmy też umówić się z dziewczynami na realizację kolejnego planu…
- Planu?
- Ucieczki – dokończyła, zamykając oczy. – Chcemy z Vivien sprawdzić podziemia.
- Chcesz to zrobić w takim stanie? – zapytał z nie dowierzaniem blondyn, obejmując ją ramieniem.
- Nie, teraz czuję się, jak na haju – powiedziała ze śmiechem.- Chcemy to zrobić w najbliższym czasie.
- Może powinnaś odpocząć przez następne kilka dni…
- Luke?
- Tak?
- Naprawdę nic mi nie jest. A zresztą realizacja planu ucieczki dodaje mi optymizmu. Chętnie to zrobię, jak najszybciej.
- Może najpierw zaliczysz spanie?
- Tak… To dobry pomysł – rzuciła, przyciskając się do niego mocniej.
- Połóż się – powiedział, puszczając ją, a ona pokręciła nosem. Dotknęła jego twarzy i uśmiechnęła się. –Co?
- Jesteś przystojniak – skwitowała ze śmiechem, a potem podciągnęła się na materacu, by paść na poduszki.
- Naprawdę się przyćpałaś.
- Nie… Mówię prawdę – odparła, a on lekko uśmiechnął się do niej.
- Położyć się z tobą?
- Jeszcze się pytasz. Uwielbiam, jak jesteś tak blisko.
- Ja też – odpowiedział, kładąc się obok niej. 
        Wtuliła się w niego, a on znów objął ją ramieniem. Poczuła przyjemne ciepło, które biło od jego ciała. Słyszała równy rytm bicia jego serca, co ją uspakajało i dodawało nadziei na lepsze. Jego obecność pobudzała ją też do działania, a ona nie mogła się doczekać, kiedy w końcu znów zajmą się planem ucieczki. 


***
Mała przerwa od Planu Wielkiej Ucieczki, ale tylko chwilowa, bo w następnym rozdziale znów do tego wracamy :)
Mam nadzieję, że rozdział w miarę przypadł wam do gustu :)

Kami PL - co do opieki Luka nad Fel, to przyznam się szczerze, że nie wiem. Choć rozdziały mam już z góry zaplanowane i wiem, jak to się mniej więcej potoczy, to przyznam się szczerze, że nie pamiętam, czy jest tam taki moment, gdzie te ich role się nieco odwrócą. Na pewno jednak nie planuję wrobić ich w dziecko :D 

Dziękuję wam za wasze pozytywne i tak miłe słowa! Pisałam już to ostatnio, ale powtórzę raz jeszcze - skutecznie motywujecie mnie do pracy! Uwielbiam was :)

Kolejny rozdział standardowo w następny piątek.

Pozdrawiam!

5 komentarzy:

  1. Cudowny biedna Fel juz nie mogę doczekać się następnego rozdziału ♡ ♡ ♡ ♡ ♡ ♡ ♡ ♡ ♡ ♡ ♡ ♡ ♡ ♡ ♡ ♡ ♡ ♡ ♡ ♡ ♡ ♡ ♡ ♡

    OdpowiedzUsuń
  2. Cudowny biedna Fel juz nie mogę doczekać się następnego rozdziału ♡ ♡ ♡ ♡ ♡ ♡ ♡ ♡ ♡ ♡ ♡ ♡ ♡ ♡ ♡ ♡ ♡ ♡ ♡ ♡ ♡ ♡ ♡ ♡

    OdpowiedzUsuń
  3. Matko, co ty ze mną robisz Roxy??!! Rozpływam się na końcówce to było takie AWWWWW SŁODKIE! :D Luke i Fel to jest to! No i słowa Caluma do Alice -niby nic, ale jednak on też w jakiś sposób się o nią martwi. Alice dziewczyno dobrze, że się pojawiłaś na czas, bo inaczej z Fel było by krucho. Co za dupek, żeby w ogóle tak okładać kobietę?! "Przystopuj szurnięta wariatko" - Eric chyba powoli zaczynam cię lubić XD Nie no Troy też nie musiał wywalać z tym tekstem, że "z tobą zawsze" i to tak przy Hemmo. Rozdział mega, dużo się w nim dzieje - naprawdę mi się podoba i już nie mogę doczekać się kolejnej części.
    Pozdrawiam Milena

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja też cię uwielbiam xD
    Dobra co by tu napisać hmmm... może zacznę tak:
    WOW.
    Świetny rozdział, Fel i Luke tacy słooodcy <3 Słodziaki po prostu.
    Już to na pewno mówiłam, ale ten blog bardzo mi się podoba, genialnie piszesz ;-)
    Czekam na następny rozdział
    - twoja wierna czytelniczka

    OdpowiedzUsuń
  5. Świetny rozdział.;)

    OdpowiedzUsuń