sobota, 6 czerwca 2015

05 "Chciała, by cierpiał"

Uwaga!
Ostrzegam, że w tym rozdziale pojawia się niezbyt przyjemny opis śmierci, który nie każdemu może się spodobać.


The Daily News

Ktokolwiek wie?
       W dalszym ciągu trwają poszukiwania członków zespołu 5 Seconds of Summer, którzy zaginęli ponad tydzień temu. Policja nadal przeszukuje pobliski obszar, przy drodze krajowej A15. W akcję zaangażowały się osoby z zewnątrz. Grupy razem z funkcjonariuszami badają każdy kawałek terenu, licząc na jakikolwiek ślad, który poprowadzi ich do miejsca, w którym może przebywać zespół. Jak do tej pory nie odnaleziono niczego, co zwróciłoby szczególną uwagę policji.
       Przypomnijmy, że Calum Hood, Luke Hemmings, Michael Clifford oraz Ashton Irwin, podróżowali drogą krajową A15 z Newcastle w stronę Perkins. Ich kierowcą był Ted Philips, którego ciało odnaleziono tego samego dnia wieczorem, trzy kilometry od ich samochodu. Jednak nie natrafiono na żadne ślady pozostałej czwórki. Po dwóch dobach uznano zespół za zaginiony. Do tej pory nie wiadomo, co dokładnie się stało ani kto odpowiada za ten incydent.
       Policja w dalszym ciągu czeka na dodatkowe informacje od potencjalnych świadków, którzy przejeżdżając drogą A15, mogli zauważyć wypadek. Zgłaszane są także prośby do tych, którzy mogą mieć jakiekolwiek informacje na temat miejsca pobytu zespołu.


Luke

       Dobrze pamiętał, co zrobili mu ludzie Deborah. Nie był pewny, ile czasu minęło od pobicia ich w piwnicy, ale on ciągle wzdrygał się na samą myśl o chłodnym pomieszczeniu i bólu, jakiego doznał. Mógł być, tylko wdzięczny losowi za to, że jego organizm w miarę szybko poskładał się do kupy.
       Pierwszą dobę niemalże całą przespał, odrywając się od tego koszmaru, w którym tkwił. Obudził się, tylko dwa razy  raz, aby skorzystać z łazienki, a drugi, by się napić. We wszystkich tych czynnościach musiała pomagać mu Felicity.
       Potem było nieco lepiej. Zyskał więcej siły, był w stanie się umyć i przebrać, przy niewielkiej asekuracji dziewczyny, która dyskretnie pilnowała go w łazience. Jego rany powoli się goiły, a siniaki zmieniały kolor i zmniejszały się. Z dnia nadzień czuł się lepiej, a ból nie był już tak duży, jak na początku.
       Teraz mógł już w miarę normalnie funkcjonować. Choć nieraz zbyt szybki i porywisty ruch sprawiał, że ból w jego klatce piersiowej pojawiał się na nowo. Ale i on zaczął powoli słabnąć. Luke miał nadzieję, że reszta jego przyjaciół też wraca do zdrowia.


Felicity

       Weszła do pokoju, niosąc w ręku plik zapisanych kartek oraz książkę. Zamknęła drzwi na zasuwę, czując na sobie spojrzenia chłopaka. Podeszła do biurka, wkładając kartki do białej teczki, a następnie odwróciła się do niego. Przez chwile spoglądali na siebie w milczeniu.
 Jak się czujesz?
 Lepiej  odpowiedział, pociągając nogi i oplatając kolana rękami.
 Przyniosłam ci coś.
       Podeszła bliżej i usiadła naprzeciwko niego. Wyciągnęła w jego stronę książkę. Bez słowa przejął ją, wpatrując się w czerwoną okładkę. Po chwili oderwał od niej wzrok i spojrzał na dziewczynę.
 Nie wiedziałam, co ci się spodoba  powiedziała, wzruszając ramionami.  Jak dla mnie jest to naprawdę dobra powieść.
 Stephen King  rzucił, obracając książkę w dłoniach.  Ręka mistrza.
 Historia o duchach  powiedziała i spuściła głowę w dół.  Powinnam ci przynieść coś optymistycznego.
 Historia o duchach brzmi spoko  odpowiedział, a Fel podniosła głowę i lekko się uśmiechnęła.
 Lepsze to niż nic.
 Co z twoją siostrą?  zapytał. 
           Od jakiegoś czasu zadawał dużo pytań odnośnie jej dawnego życia. A ona mu na nie odpowiadała, choć niechętnie poruszała ten temat. Wiązał się on z wewnętrznym bólem i utraconym światem, który może nie był kolorowy, ale który z pewnością był bezpieczniejszy i radośniejszy, niż ten, w którym tkwiła obecnie.
 Ma się dobrze  odpowiedziała, odgarniając z twarzy czarne włosy.  Dziś miałam okazję porozmawiać z nią przez telefon.
 I?
 Ona tęskni i ja tęsknię.
 Nie możesz się z nią spotkać?
 Mogę, ale z drugiej strony się boję. Wolę ograniczyć kontakt ze swoją rodziną do minimum. Nie chcę ich narażać na żadne dodatkowe niebezpieczeństwo. Moja siostra jest chora, nie chcę przysparzać jej dodatkowych kłopotów.
 Nie pomyślałaś o tym, że ona cię potrzebuje?
 Myślałam o tym i to nie raz, ale nie mogę być tak blisko niej, jakby każda z nas tego chciała. Tkwiąc tu, nie mogę być tam. Jedyne, co mogę zrobić, to wspierać ich finansowo, tak by moja siostra mogła leczyć się u najlepszych.
       Nagle w pokoju zabrzmiał dźwięk dzwoniącego telefonu. Dziewczyna zerwała się z miejsca i podeszła do biurka. Zacisnęła zęby, widząc osobę dzwoniącą. Musiała odebrać.
 Tak?
 Za piętnaście minut chcę cię widzieć w moim gabinecie  powiedziała Deborah.
 Jasne.
       Kobieta rozłączyła się, a Fel spojrzała na komórkę, jakby ta miała zaraz wybuchnąć. Wiedziała, że coś się szykuje. Nie wiedziała tylko, czy to będzie coś wielkiego, czy może kolejna papierkowa robota, polegająca na planowaniu i myszkowaniu. Wsunęła telefon do kieszeni, a następnie odwróciła się w kierunku blondyna, który bacznie ją obserwował.
 To ona?  zapytał cicho. Zauważyła, jak jego dłonie mocniej zaciskają się na książce.
 Ona, ale to nie chodzi o was  powiedziała, siląc się na spokojny ton.
       Dostrzegła na jego twarzy ulgę. Nie dziwiła się, że Luke tak reaguję na Deborah. W końcu urządziła im prawdziwe piekło. Jednak po ostatnim skatowaniu zespołu, odpuściła i dała im czas na to, by doszli do siebie. Nie upomniała się o nich ani razu, a Fel miała nadzieję, że zostawi ich w spokoju na dłużej.
       Znów podeszła do niego i niechętnie sięgnęła po łańcuch, leżący na samym końcu materaca. Wcześniej wyszła dosłownie na chwilę, więc nie bawiła się w krępowanie chłopaka. Teraz jednak nie wiedziała, ile czasu zajmie jej spotkanie z Deborah, więc wolała nie ryzykować. Luke pokręcił nosem i odłożył książkę na bok.
 Chcesz do toalety?
 Nie.
 Pamiętasz o zasadzie?  zapytała, zapinając metalowe bransolety na jego nadgarstkach.
 Używać wsuwki w ostateczności.
 Dokładnie  odparła z lekkim uśmiechem. 
          Nie martwiła się o komputer i laptop, który zostawiała w pokoju. Luke musiałby nieźle się namęczyć, by w ogóle go uruchomić. Wszystko, co umożliwiłoby mu jakikolwiek kontakt ze światem, było zabezpieczone hasłami i tylko prawdziwy haker mógłby je złamać.
 Kiedy wrócisz?  zapytał, opierając się z powrotem o ścianę.
 Mam nadzieję, że niedługo  odpowiedziała, a następnie odwróciła się i wyszła z pokoju, zostawiając go samego.


Deborah

       Miała dobry humor od rana. Wszystko szło zgodnie z planem, a ona nie musiała już dłużej czekać na zemstę. Zemstę, w której to pomści śmierć brata i swojej ukochanej. Miała faceta w garści i chciała zobaczyć to, jak on będzie cierpiał, gdy ona dobierze się mu do skóry.
       Przeszła wzdłuż biurka, ignorując spojrzenie Erica, który od jakiegoś czasu z zaciekawieniem jej się przyglądał, bujając się jednocześnie na krześle. W pokoju oprócz nich znajdował się także Peter McKnight, prawa ręka jej kuzyna. Po tym, jak Eric przejął rolę Dominica, on wskoczył na jego miejsce. Młody, zdolny i pewny siebie, idealnie nadawał się do kierowania działem aptekarzy. Miał pod kontrolą wszystkich dilerów, przemytników i chemików, którzy skupiali się na prężnym działaniu tej części gangu. Deborah lubiła go. Był lojalnym członkiem ich pseudo rodziny. A do tej misji potrzebowała najbardziej zaufanych ludzi.
       Nagle drzwi od gabinetu otworzyły się i do pomieszczenia weszła czwórka młodych kobiet. Jej Wilczyce stawiły się na spotkanie punktualnie. Usiadły na wolnych miejscach, a z ich twarzy niewiele można było wyczytać. Może oprócz Vivien, która nieco pobladła i niepewnie spojrzała w jej stronę. Deborah uśmiechnęła się pod nosem. Lubiła wzbudzać w ludziach strach. Lubiła być górą.
 Skoro jesteśmy już w komplecie  zaczęła, opierając się o biurko. Splotła ręce na klatce piersiowej, patrząc z uwagą na pozostałych.  To możemy zaczynać. Zapewne zastanawiacie się, skąd to nagłe zebranie. Otóż dziś wypełni się w końcu sprawiedliwość.
 Przestań pieprzyć i przejdź do rzeczy, Deb, nie mam całego dnia  rzucił Eric, przekręcając oczami.
 Dziś wieczorem dopadniemy Rogera Martina  powiedziała, a mężczyzna się wyprostował.  Cały plan został dokładnie opracowany przez moje Wilczyce. Facet nie ucieknie.
 W końcu jakieś konkrety  odparł Eric. – Kiedy?
 Dziś około siódmej  poinformowała go.  Nie będzie się spodziewał, że zaatakujemy o takiej porze. Każde zaskoczenie działa na naszą korzyść.
 Co ma z tym wspólnego Peter?  ciągnął dalej Eric, spoglądając na swojego człowieka.
       Młody mężczyzna drgnął. Na jego okrągłej twarzy pojawił się cień uśmiechu. Przejechał dłonią po swoich jasnobrązowych włosach, a następnie utkwił niebieskie oczy w pozostałych.
 Czwórka moich ludzi idzie z nami. Wybrałem najlepsze osoby  powiedział powoli, a jego głos był melodyjny i spokojny.  Jako ubezpieczenie na wypadek komplikacji.
 Twoje Wilczyce ci nie wystarczają?  zapytał Eric.  Chyba im mniej nas będzie, tym lepiej. Nie będziemy tak się rzucać w oczy.
 Moje Wilczyce  zaczęła Deborah, nachylając się w stronę kuzyna.  Będą na pierwszym ogniu, ale i one muszą mieć plecy w razie jakichkolwiek problemów. Nie mogę sobie pozwolić na więcej błędów. Choć plan jest doskonały.
 Niech ci będzie.
 Macie się przygotować  powiedziała, odwracając się w stronę dziewczyn.  Wyjeżdżamy o szóstej trzydzieści.
 Jasne  rzuciła Alice.  Będziemy na czas.


Luke

       Wsunął książkę pod poduszkę, gdy usłyszał szczęk zamka. Wstrzymał oddech, a potem cicho wypuścił powietrze. Do pokoju wróciła Felicity. Zamknęła drzwi na zasuwę, a następnie spojrzała na niego. Bez słowa podeszła bliżej, ukucnęła i ściągnęła mu bransolety. Luke próbował odczytać cokolwiek z jej zachowania, ale dziewczyna doskonale potrafiła się maskować. Jej twarz nie wyrażała żadnych emocji.
 Czego chciała?  zapytał niepewnie.
 Im mniej wiesz, tym lepiej, Luke  odpowiedziała, wstając. 
          On zrobił to samo. Jeszcze przez chwilę obserwował to, jak Felicity podchodzi do biurka, siada na krześle i odpala komputer. W końcu odwrócił się i poszedł do łazienki.
       Gdy wyszedł, Fel pochylała się nad monitorem. Wrócił na materac i już chciał sięgnąć po książkę, ale jego ręka zamarła, kiedy usłyszał muzykę. W pokoju zaczął grać zespół Scorpions swoją wersję Children of the Revolution. Miał wrażenie, że nie słyszał muzyki od wieków. Każda nuta, każdy takt i każde mocniejsze uderzenie basu, przypominało mu, jakie to fantastyczne uczucie móc słuchać. Czuć ją całym sobą. Był muzykiem i uwielbiał ją. Kochał to, co robił. Muzyka była dla niego, jak narkotyk, a teraz był pozbawiany swojego rodzaju dopalacza.
       Zauważył, jak Fel zamyka oczy i przez chwilę kiwa głową w rytm utworu. Potem wstała z miejsca. Luke zrobił zaskoczoną minę, kiedy dziewczyna zrzuciła z siebie ubranie. Przez moment spoglądał na jej czerwoną, gładką bieliznę i tatuaż, który miała na plecach. Tatuaż w kształcie kwiatów i łodyg. Była to jej druga taka ozdoba, bo pierwszą zauważył na jej nadgarstku. Tam pochyłym pismem, wypisaną miała swoją grupę krwi.
       Zerkał na nią co chwilę, ciekawy tego, co zaraz zrobi. Ona jednak nie zwracała na niego uwagi. Bez słowa podeszła do szafy i otworzyła ją. Zobaczył na drzwiach podłużne lustro, w którym odbiła się jej zgrabna sylwetka. Fel chwyciła za dżinsowe spodnie i wciągnęła je na siebie. Potem ubrała bluzkę bokserkę, a na to nałożyła obcisłą bluzę z kapturem. Złapała za wyższe buty na grubszej podeszwie  wiązane oficerki  i usiadła na łóżku. Wsunęła w nie nogi i szybko zaczęła je wiązać. Wszystko, co ubierała, było w kolorze czarnym.
       Znów wróciła do szafy, pochylając się nad lustrem. Szybko poprawiła makijaż, a następnie związała włosy w ciasny kucyk. Z dolnej szuflady wyciągnęła czarny, skórzany pas. Zapięła go. Nachyliła się i wtedy chłopak wstrzymał oddech. Wyciągnęła srebrnego Colta, sprawdzając jego magazynek. Kliknęło, gdy wsunęła go z powrotem. Włożyła go w kaburę, którą przyczepiła do paska. Dodatkowy magazynek wsunęła do kieszonki obok.
       Luke wiedział, że Fel należy do Wilczyc, ale dopiero widząc ją z pistoletem, zrozumiał, że i ona jest bardzo niebezpieczna. Robiła wszystko, mając obojętny wyraz twarzy, jakby to było dla niej codziennością. Nie wzdrygała się na widok krwi ani broni. Bo ona widziała już to nie raz.
       Dziewczyna po raz ostatni sięgnęła do środka. Wyciągnęła biało-czarną chustę. Zawiązała ją sobie na szyi, a potem zamknęła drzwi szafy. Podeszła do biurka. Wyłączyła muzykę i komputer, przez co w całym pokoju znów zapanowała cisza. Następnie podeszła do niego. Chwyciła za łańcuchy.
 Zostawić ci zapalone światło czy lampa wystarczy?  zapytała, zaciskając bransolety na jego nadgarstkach.
 Wystarczy lampa.  Wpatrywała się w niego, a on powoli spojrzał w jej ciemne oczy. Uśmiechnęła się.
 Kiedy wrócisz?  zapytał, choć na usta cisnęło mu się pytanie: czy w ogóle wrócisz? Czuł, że szykuje się, jakaś większa akcja, w której ona musi brać udział. Akcja, w której być może poleje się krew.
 Nie mam pojęcia  odpowiedziała, wstając. Kiwnął głową, a ona podeszła do lampy i włączyła ją. Potem bez słowa wyszła z pokoju, zamykając za sobą drzwi. Luke ponownie został sam.


Felicity

       Zeszła na dół w towarzystwie Vivien. Na zewnątrz czekała reszta. Deborah, Eric, Peter i czwórka jego ludzi wsiadła do czarnego mini vana. Ona z pozostałymi Wilczycami, skierowała się w stronę drugiego, również czarnego, samochodu marki Jeep. Vivien usiadła za kierownicą, a Fel obok niej. Na tylnym siedzeniu znalazła się Parker i Alice.
       Dziewczyna odpaliła silnik. Ich samochód jako pierwszy wyjechał z terenu Gniazda. Felicity zerknęła w lusterko. Czarny mini van był tuż za nimi. Gang Olsena rozpoczynał swój plan zemsty. Dziś zginie Roger Martin. Wszystkie cztery o tym doskonale wiedziały.
       
       Zajechały na osiedle, parkując blisko domu ich celu. Założyły na dłonie czarne, skórzane rękawiczki. Naciągnęły na tarze chusty, a na głowy kaptury. Ona i Vivien wyskoczyły z samochodu pierwsze, a potem, niczym dwójka złodziei, zakradły się do budynku. 
       Fel ukucnęła przy oknie od piwnicy. Pomajstrowała przy nim, a następnie jedną ręką uchyliła je. Wysunęła się bardziej, aby otworzyć je szerzej. Przetrzymała okno, gdy Vivien wciskała się do środka. Usłyszała, jak ciężkie buty jej koleżanki uderzają o podłogę. Po chwili dostrzegła w oknie światło latarki. Był to sygnał dla niej. Prąd został odcięty.
       Felicity wyprostowała się i machnęła w stronę samochodów. Reszta wysiadła na zewnątrz. Chłopaki Petera stanęli niedaleko aut, w równych odstępach, tak by mieć wszystko na oku. Parker, Alice, Eric i Deborah ustawili się z boku domu. Fel widząc, że wszyscy są na swoich miejscach, wyciągnęła z kabury srebrnego Colta i zbliżyła się do drzwi wejściowych. Zapukała.
       Usłyszała po drugiej stronie szybkie kroki. Drzwi otworzyły się. Stanął w nich siwy mężczyzna około siedemdziesiątki. Spojrzał na nią zaskoczony, a ona po prostu wyciągnęła broń, celując w niego.
 Do tyłu  rozkazała, otwierając szerzej drzwi.  I ani słowa.
       Wolną ręką machnęła w stronę reszty i weszła do środka. Starszy mężczyzna zaczął iść powoli do tyłu, nie spuszczając zielonych, przestraszonych oczu z lufy jej pistoletu. W końcu dotarli do przestronnego holu.
 Pod ścianę i na kolana  powiedziała, machając bronią w wyznaczonym kierunku.
 Proszę  zaskamlał staruszek.  Są tu moje wnuki.
 Nic im się nie stanie  odparła, uważnie obserwując to, jak powoli klęka przy ścianie.
       Podeszła bliżej, nadal celując mu w głowę. Skinęła na pozostałych. Parker skierowała się w stronę kuchni, a Alice do salonu. Deborah i Eric ruszyli schodami na górę.
       Fel marzyła o tym, by to wszystko szybko się skończyło. Nienawidziła takich akcji. Szczególnie gdy w budynku były niewinne osoby, które ona musiała sterroryzować. I były tu także dzieci. Miała nadzieję, że Olsenowie nie załatwią Rogera na oczach jego synów.
       Po chwili usłyszała kobiecy krzyk, a potem hałas, który dochodził z góry. Mężczyzna klęczący przed nią drgnął, a po jego policzkach spłynęły łzy. Alice wynurzyła się z salonu, zadzierając głowę. Następnie spojrzała na Fel. Dziewczynie nie spodobało się to, co zobaczyła w jej oczach. Był to pewien rodzaju strach, pomieszany z zaskoczeniem i niepewnością. Zrozumiała, że dzieje się coś, co zdecydowanie nie powinno się dziać.
       Wzdrygnęła się, kiedy usłyszała dwa strzały, a potem przeszywający, aż do kości rozpaczliwy krzyk mężczyzny, który zgłuszył ostry szloch kobiety. Fel przełknęła ślinę. Coś było nie tak. Coś jej nie pasowało. I potem rozległ się kolejny strzał i kolejny krzyk, pomieszany z wiązanką przekleństw, jakie wypuścił ze swoich ust Roger Martin. Doszedł do niej dziki śmiech Deborah, a po następnym strzale zapanowała cisza.
 Co jest?  wydusiła Alice, spoglądając na Fel, która dalej mierzyła do mężczyzny.
 Nie mam pojęcia.
        Usłyszała kroki. Po chwili Deborah i Eric znów się pojawili. Ona, jak gdyby nigdy nic, schodziła po schodach. Nie miała na sobie chusty, więc Fel doskonale widziała jej zadowolony i triumfujący uśmiech. Eric natomiast był wściekły. Co jakiś czas obrzucał ją surowym wzorkiem.
       Kobieta zatrzymała się na trzecim stopniu i zanim Fel zdążyła zareagować, strzeliła w kierunku starszego mężczyzny. Jego krew trysnęła Felicity w twarz, a ta podskoczyła w miejscu, instynktownie zamykając oczy. Czuła, jak ciepła posoka spływa jej po skórze. Zacisnęła wargi. Zerwała chustę i wytarła się nią. Na jej usta cisnęły się przekleństwa, ale wolała zachować je dla siebie.
 Jesteś suką, Deb  rzucił Eric. Kobieta przekręciła oczami.
       W tym momencie na holu zjawiły się Parker i Vivien. Przez chwilę spoglądały na to, co zrobiła Deborah, a następnie uniosły głowy, nie wiedząc, co się stało. Przecież przyszły, tylko po Rogera. Tylko po niego.
 Fel, na górze jest komputer. Zabierz go ze sobą. Chcę go przejrzeć. Pierwsze drzwi na lewo.
 Jasne  odparła, wciskając chustę do kieszeni w spodniach.
 Wy sprawdźcie resztę pokoi. Może znajdziecie coś jeszcze  rozkazała, a one tylko pokiwały głowami.
       Bez słowa poszły na górę. Felicity odłączyła się od dziewczyn, które zaczęły sprawdzać pozostałe pokoje. Ruszyła do pomieszczenia wskazanego przez Deborah. Spodziewała się tego, co zaraz zobaczy. Domyśliła się, jak może wyglądać ten obraz. Ale nie sądziła, że ona urządzi tu taką masakrę.
       Gdy tylko weszła do środka, zasłoniła usta dłonią. Jej żołądek skręcił się w ciasny supeł, a ona miała wrażenie, że zaraz zwymiotuje. Była pewna, że Deborah oszczędzi pozostałych członków rodziny. Że może teraz leżą w kącie nieprzytomni. Ale ona postawiła na coś zupełnie innego.
       Rozejrzała się po pomieszczeniu. Krew była wszędzie. Na ścianach, podłodze i nawet na suficie. Ściekała z mebli, delikatnie kapiąc i tworząc niewielkie kałuże. Pościel przesiąkła posoką, która wypływała z ciał ofiar. Trzech ofiar. Najwidoczniej kobieta musiała przyciskać do siebie swoje dzieci, w momencie, kiedy Deborah i Eric zaatakowali. Zwłoki matki leżały bezwiednie na łóżku. Miała otwarte oczy, a na twarzy wymalowany strach. Kula przestrzeliła jej szyję, odrzucając kawałki mięsa na bok. Jedną ręką przyciskała do siebie małego, trzyletniego chłopca. Z jego piersi w dalszym ciągu powoli sączyła się krew. Po drugiej stronie znajdował się starszy syn  sześciolatek, ze zmasakrowaną od strzału twarzą. Ciało Rogera leżało na podłodze. Wokół niego powstawała duża kałuża krwi, złożona także z resztek jego mózgu, tkanek i kości.
       Zamknęła oczy i cicho przełknęła ślinę. Była pewna, że nigdy nie pozbędzie się tego widoku. Że ten obraz nigdy nie zniknie i będzie nawiedzał ją w najgorszych koszmarach. Zginęli niewinni. Zginęły małe dzieci. A Fel brała w tym wszystkim udział. I ona też miała ich krew na rękach. Była współwinna tego, co się stało.
       Nagle usłyszała szybkie kroki, które zmierzały w jej kierunku. Odwróciła się w stronę Vivien, która weszła do pokoju.
 Nie wchodź  rzuciła, ale było już za późno.
      Widziała, jak jej przyjaciółka pobladła. Jak zaciska nerwowo dłonie. Jej oddech przyspieszył, a w oczach zgromadziły się łzy.
 Dobry Boże  jęknęła.  Dobry Boże…
 Wyjdź, Viv  rozkazała. Usłyszała, jak brunetka pociąga nosem, a potem bez słowa wychodzi.
       Fel podeszła do łóżka. Podniosła z podłogi zakrwawioną kapę. Narzuciła ją na ciało matki i jej dzieci. Nie mogła znieść tego widoku. W całym swoim życiu nie widziała, czegoś tak potwornego. Walcząc z uczuciem mdłości, odwróciła się szybko od zwłok. Podeszła do biurka i złapała za komputer. Wyrwała kable, wsadziła go pod pachę i czym prędzej opuściła pokój.


Vivien

       Niemalże wybiegła z domu, mając nadzieję, że nigdy więcej nie będzie musiała, czegoś takiego oglądać. Deborah urządziła prawdziwy horror, mszcząc się na rodzinie Rogera Martina.
        Oparła się o samochód, ciężko dysząc. Przełknęła ślinę, gdy treść żołądka podeszła jej do gardła. Wiedziała, że nie może zwymiotować. Nie na miejscu zbrodni.
 Co jest, Viv?  Usłyszała głos Alice, a potem poczuła, jak przyjaciółka klepie ją po ramieniu. Vivien pokręciła głową. Nie była wstanie nic powiedzieć.
       W końcu Fel wyszła z domu, przekazując komputer Deborah. Kobieta uśmiechnęła się z zadowoleniem, a następnie zarządziła odjazd. Oni jako pierwsi, wsiedli do swojego samochodu i wyjechali z posesji.
 Ja poprowadzę  powiedziała Alice, kiedy Viv drżącymi rękami wyciągnęła kluczyki z kieszeni. Bez sprzeciwu oddała je, a potem bez słowa wsiadła do tyłu ich Jeepa. Reszta Wilczyc również zapakowała się do auta. Szybko odjechały.
 Co się tam stało?  zapytała rozdrażniona Parker.
 Wybili ich wszystkich  powiedziała cicho Fel, a Vivien zacisnęła mocniej usta.
 Raczej ona to zrobiła  rzuciła Alice.  Eric był wściekły. Teraz wiadomo dlaczego.
 Mogę się założyć, że oni zginęli pierwsi. Na jego oczach. Chciała, by cierpiał  ciągnęła dalej Felicity.  Nie wierzę, że to zrobiła.
 To pierdolnięta suka  skwitowała Parker.  Jest nieobliczalna.
 Zabiła dwójkę małych dzieci  wyszeptała Felicity, odwracając głowę w stronę okna.  Dwójkę niewinnych dzieci.
       Vivien zacisnęła mocniej oczy. Słowa jej przyjaciółki podwójnie przywracały ten straszny obraz. Ich martwe ciała w ramionach matki. Ich krew, która mieszała się z krwią ich rodziców. Deborah tak szybko odebrała im życie. A oni przecież mieli je, dopiero przed sobą.
 Zatrzymaj się  powiedziała Viv, napierając na siedzenie kierowcy.
 Co jest?
 Zatrzymaj się.
       Alice stanęła na poboczu z piskiem opon. Vivien wyskoczyła z samochodu, a następnie oparła się o jego tył. Zaczęła ciężej oddychać. Czuła, że już nie da rady. Pochyliła się i zwymiotowała.
 Viv?  Usłyszała głos Felicity, która także wysiadła z auta.
 Daj mi… chwilę.
 Jasne. 



***
Kolejna część za nami. Mam nadzieję, że ten rozdział w miarę się wam spodobał :) W niedzielę wyjeżdżam i wracam dopiero w czwartek wieczorem. Jednak postarałam się o to, by rozdział znalazł się na blogu szybciej. Poprosiłam kumpelę, by wrzuciła go we wtorek. A kolejny znajdzie się tu w piątek - taka mała rozpiska na ten tydzień :D Pozdrawiam i do następnego!

#TheGreatEscapeFF

5 komentarzy:

  1. Deborah jest suką jak ona mogła coś takiego zrobić .!? Cudowny rozdział nie mogę doczekać się next ♡ ♡ ♡ ♡ ♡ ♡ ♡ ♡ ♡

    OdpowiedzUsuń
  2. Deborah jest chora, bardzo bardzo bardzo chora. Ja rozumiem, że pragnienie zemsty wygrało, no ale te dzieci...
    Biedna Viv, współczuję jej oglądania tego, szczególnie, że jest taka wrażliwa.
    Uwielbiam to opowiadanie, czekam na kolejny rozdział. :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Wooooow.... Deborah jest ostro stuknięta, a Eric... Ugh mógł ją powtrzymać... Rozdział jak zwykle świetny mam nadzieje że niedługo będzie troche więcej z Lukiem i Fel xdd Życzę duuuuuuuuuużo weny i czekam na nexta 😁

    OdpowiedzUsuń
  4. E-P-I-C-K-I-E!!!!!!!! KOCHAM! Nexta, please!

    OdpowiedzUsuń
  5. Dobrze, że Luke jakoś poskładał się do kupy - mam nadzieję, że reszta również. Nie, no po tym, co zrobiła Deborah wnioskuję, że ona naprawdę ma coś z deklem ehm,.. znaczy się z głową. Rozdział naprawdę mega, dużo się dzieje. Czekam na kolejną część.
    Pozdrawiam Milena

    OdpowiedzUsuń